Majakowski, Bengt Jangfeldt

11 września 2011

tutaj jest Majakowski

Bengt Jangfeldt – tak jak obiecała mi informacja na okładce – napisał biografię monumentalną. Nie żeby stawiał wieszczowi spiżowy pomnik, wręcz przeciwnie, szwedzki pisarz jest nad wyraz konkretny i rzeczowy, a kiedy trzeba nie krępuje się poinformować nas o kłopotach poety z przedwczesnym wytryskiem. Nie wspomnę nawet o sercowych malaises czy kompromisach z radziecką władzą – w czasach kiedy jej intencje stawały się oczywiste nawet dla najbardziej nierozgarniętych ludzi pióra.

Przede wszystkim biografia ta napisana jest tak, że urąga wszelkim możliwym streszczeniom. Nanizane na chronologiczną nitkę wydarzenia z życia Majakowskiego przesuwają się przed oczyma czytelnika jeden za drugim, jak paciorki – z bliskiej perspektywy jednakowo istotny dla bohatera będzie zakup samochodu jak publikacja nowego poematu. Czy zresztą nie jest tak, że samochód potrafi prześcignąć najlepszy wiersz? Czy lepiej wziąć ostro zakręt czy tomik do ręki? Dlatego radzę czytać książkę dużymi odcinkami, po sto lub więcej stron, dopiero wtedy układają się w sensowny wzór; zasługą Jangfeldta jest to, że przedstawił życie poety w stanie surowym – pomimo iż od kilkudziesięciu lat uchodzi za autorytet w majakologii nie narzucił własnych interpretacji.

Dzięki tej formie mogłem odnieść mylne, ale jakże przyjemne wrażenie, że dokonuję samodzielnie odkryć dotyczących Majakowskiego, z których – a co tam – na zachętę podzielę się dwoma. Po pierwsze, zdumiało mnie do jakiego stopnia Majakowski był artystą estrady. To rasowy frontman socjalizmu. Nieustannie w poetyckiej trasie, między fabryką a uniwersyteckim odczytem, działał na czytelników i czytelniczki barczystą sylwetką, głosem. Imponował celnością, z którą trafiały złośliwe riposty. Jeśli kogoś najdzie ochota na prowadzenie podobnej buchalterii, może policzyć ile razy w biografii mowa o olśnieniu Majakowskim po przeczytaniu jego utworów, a ile razy po ich wysłuchaniu – zapewniam, że słuchacze przeważają ilościowo nad czytaczami co najmniej kilkukrotnie. Zdaje się, że o czytelnikach poety należy mówić ostrożnie; Majakowski miał widzów i wielbicieli.

Po drugie – co wynika z pierwszego – przy całym swym geniuszu Majakowski cierpiał na wszystkie wady artysty scenicznego. Jeśli kogoś zniesmaczyła wzmianka o przedwczesnym wytrysku poety, to spieszę dodać – Wołodia był sprinterem we wszystkich dziedzinach, żądał natychmiastowego zysku. Poezję chciał konsumować na pniu, jeszcze gorącą. Dla kogoś tak uzależnionego od odbiorcy dobre układy z władzą były koniecznością, jemu trzeba było przychylnego widza i możliwości występów, jemu szuflada nie mogła być mieszkaniem. Tak oto został lirycznym ptakiem tokującym o rewolucyjnej miłości – bo na tym zasadza się najlepsza część jego dzieł – trzymanym przez Kreml na postronku.

Liryczny ptak Majakowski nie był poetą ludowym. Nie chodzi o to, że hermetyczny, że pozwalał sobie awangardowe chwyty – wstyd o twórczości wypowiadać się przy pomocy tak sumarycznych określeń – ale w ogóle o futurystów w ojczyźnie proletariatu. Pomijam ich obyczajowe eksperymenty, słabość do burżuazji, wzdychanie w stronę Paryża. To bagatele. Nie czarujmy się, zamiast ludu o losie artysty i wysokości nakładów decydowały iście bizantyjskie intrygi i znajomości wśród dygnitarzy. Słówko skreślone na marginesie przez Lenina wynosiło jednych w przestworza pierwszych stron gazet, innych spychało w dział nekrologów. To była twórczość prawdziwie dworska – niezależenie od tego czy była, czy nie była popularna.

Książka jest więc zapisem klęski genialnego liryzmu w starciu z dyktaturą. Przede wszystkim wyciągnąć z niej można różne wnioski co do życia tragicznego Wołodii, do czego serdecznie zapraszam.

Bengt Jangfeldt, Majakowski, W.A.B.

P.S. Bengt Jangfeldt to drugi w ostatnich tygodniach skandynawski autor, którego książkę po przeczytaniu umieszczam na najwyższej półce – a przyznam się, że nigdy wielką miłością do nordyckiej literatury non-fiction nie pałałem i z racji wykształcenia spoglądam raczej z polskiej żerdzi na dół, ku Morzu Śródziemnemu. Muszę oddać jej sprawiedliwość i się ze Skandynawią przeprosić.

Hardcover

5 września 2011

Od jakiegoś czasu wróciłem do nawyku zaglądania na czwartą stronę okładki. Nie z prostodusznej chęci dowiedzenia się czegoś o książce, raczej z przyjemności podglądania wydawnictwa przez tylne drzwi. Każdy, na kogo spadło nieszczęście napisania wizytówki powieści, wie, ile w tych kilkuset znakach jest potu redaktora i szperania po stronach internetowych w poszukiwaniu wywiadu, w którym jakiś krytyk powie coś, co od biedy można przetłumaczyć jako „powieść jest najwybitniejszym dziełem dekady” – choćby dalsza część zdania brzmiała „tylko nikt nie doczytał jej do końca”. I ja sobie na te dwa akapity zaglądam.

Nie znaczy to, że sztukę pisania notek mam w pogardzie. To sztuka fantastycznie trudna: czego dowód dzierżę przed sobą, w postaci unikalnego tekstu promocyjnego sprzed ponad siedemdziesięciu pięciu lat. Zmierzam do meritum – chodzi o tekst promujący Sklepy cynamonowe Brunona Schulza, napisany przez Brunona Schulza właśnie. Te dwie strony znalazłem nie gdzie indziej, jak w tomie schulzjanów autorstwa Jerzego Ficowskiego – w tej książce można o Schulzu znaleźć wszystko, jeśli czegoś tam o Schulzu nie ma, to znaczy, że to nie istnieje.

I tam właśnie na stronach 165 i 166 zamieszczone zostało nieznane dotąd exposé na temat Sklepów, które Schulz napisał po niemiecku z myślą o zaprezentowaniu książki zachodnim wydawcom; wydawało by się, że kto jak kto, ale pisarz, i to pisarz wybitny, o swojej powieści będzie umiał napisać sensownie. Tymczasem z punktu widzenia współczesnego redaktora exposé jest po prostu katastrofalne. Posłuchajcie zresztą sami. Z początku dowiadujemy się, że w Sklepach „podjęto próbę wydobycia dziejów pewnej rodziny” „poszukując ponad [prawdziwymi losami] mitycznej treści”. Ze co? Podjęto próbę wydobycia? Mityczne treści? Zapalają się żółte lampki ostrzegawcze. Zanim dotrzemy do powieściowego sedna dowiadujemy się między innymi, że „życiorys wszakże, który zmierza do swego własnego sensu, wyostrzony na własne duchowe znaczenie, jest niczym innym jak mitem” oraz „autor czuje się bliski odczuciom Antyku” – podobne liryczne odautorskie wprowadzenie od razu kwalifikowałoby powieść do kliknięcia prawym przyciskiem myszki i litościwego lądowania w Koszu. Załóżmy hipotetycznie, że redaktor przymknie jedno oko i czyta dalej, tylko po to, żeby trafić na fragment dotyczący postaci ojca, którego Schulzowi nie daruję i przytoczę in extenso:

„W odwiecznym sporze z karakonim rodem, który pewnego dnia zalał mieszkanie swym czarnym rojowiskiem, zostaje niepostrzeżenie wplątany przez trawiącą go nienawiść w owe labirynty uczuć, gdzie wstręt przedzierzga się w niesamowity powab – i stopniowe przejmuje maniery i tryb życia tego znienawidzonego plemienia. Autor coraz to pozwala mu wracać do siebie z tych jego przemian i wkrótce widzimy go znowu, prowadzącego wykład o marionetkach, manekinach i „heretyckiej demiurgii” przed audytorium małych szwaczek, uczoną dysertację, w której kwestionuje wyłączne prawo Demiurga do kreacji i rozważa metodami zdrożnymi i kacerskimi proces powstawania życia.”

Niby nie ma się czego się czepiać, przecież to czystej próby Schulzowska proza – może próby tylko trochę zanieczyszczonej tłumaczeniem Ficowskiego. Jednak w tym tkwi szkopuł: to co sprawdza się w samej literaturze, niekoniecznie jest dobrym tekstem promocyjnym bądź wprowadzającym. Przeczytajcie powyższe z perspektywy redaktora, jeszcze nieświadomego istnienia Schulza: mieliście od rana w ręku już kilkanaście streszczeń utworów współczesnych „poruszających tematy” i „nawiązujących do” i oto na waszym biurku ląduje historia o sporze z karakonim rodem. Schulz jawi się jako z lekka pretensjonalny, a z pewnością nieumiarkowany w stylu. Przede wszystkim zaś jako niezdolny do rzeczowego podejścia do zadania, którym jest przedstawienie zawalonej pracą osobie w kilku zwięzłych i przejrzystych zdaniach tego, o co chodzi w utworze. Puszcza się poręczy. Powiecie: przecież nie można tak oceniać, wszystko to świadczy jedynie o prymitywizmie współczesnych redaktorów, na tym polega sztuka, nie wolno domagać się jej drastycznego spłycenia itd. Na co ja mam prostą odpowiedź: thanks but no thanks.

Notka promocyjna, notka na stronę internetową, podobnie jak list przesłany do wydawcy to osobny gatunek rządzący się swoimi prawami i warto je poznać, jeśli chce się publikować lub pracować z literaturą. Schulzowskie exposé to dla mnie przypadek beznadziejnego ignorowania potrzeb czytelnika i kontekstu, w którym będzie ono czytane. Zresztą, czy dzisiaj nie łatwiej byłoby sprzedać klasyków reklamując ich na naszą modłę i – że pozwolę sobie na trochę perwersyjny przykład – napisać na czwartej stronie okładki Ewangelii: „trzydziestoletni chłopak, który wciąż mieszka z rodzicami, nadopiekuńczą matką i starzejącym się ojcem, postanawia pewnego dnia wyruszyć w podróż po Ziemi Świętej. Czy podczas trzyletniej wędrówki uda mu się znaleźć bratnie dusze? Jak skończą się jego przygody?”

Zabrzmi to niesmacznie, ale do Pol Pota mam szczęście. Niesmacznie, no bo przecież mowa o reżymie, którego surrealistyczne okrucieństwa mogą wywołać fascynację u nastolatka – choćby rzekomy plan eksterminacji osobników w okularach; moje nostalgiczne minus cztery dioptrie doprowadziłyby mnie w Kambodży, jak sądziłem, przed egzekucyjny pluton. Niemniej nie będę się wypierał, mam do Pol Pota szczęście, bo trafiam na – nie pierwszą, ale na pewno najlepszą – o nim książkę, która uzdrawia z fantazmatów na temat tego, co wydarzyło się w Kambodży w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.

Pol Pot jest świetnym materiałem do chorej fascynacji: student Sorbony, a później komunistyczny partyzant, stworzył trzydzieści pięć lat temu w Kambodży autarkiczne państwo, którego ekscesy były w swoim rozmachu, by tak rzec, monumentalne. Ludobójstwo, wypędzenie ludzi z miast, metodyczne tortury w obozie S-21, w końcu niespotykany w świecie komunistycznych dyktatur bezosobowy charakter terroru; wszystko to składało się, w skrócie, na mój obraz reżymu Brata Numer Jeden. I wszystko to powoli, cierpliwie, Idling podważył, skomplikował; ludobójstwo okazało się nie być takie metodyczne; okulary nie takie śmiercionośne; i zamiast traktować Pol Pota jako monstrum w gabinecie totalitarnych osobliwości, Kambodżę rzeczywiście – przynajmniej takie wrażenie dała mi książka – poczułem.

Jak się Idlingowi udało? Może wieloletnia obecność w Kambodży, w toku której po trochu budowała się jego wiedza o tamtym okresie, może to, że w podobnie cząstkowy, rozproszony sposób prowadzi on narrację, po trochu, dzieląc ją na opowieść o życiu Pol Pota, opowieści przypadkowo spotkanych Kambodżan, że nie waha się zapuścić w ślepą narracyjną uliczkę, dając nam wrażenie poszukiwania. Idzie. Czasem bez skutku. Może idzie zresztą o coś innego. Może o to, że osią książki jest historia szwedzkiej delegacji lewicowych aktywistów do Kambodży. Odwiedzili kraj w apogeum trwania reżymu i niczego niepokojącego nie dostrzegli: Idling zadaje sobie pytanie: jak to możliwe? Co myślą o tym teraz? Odwiedza ich. Pyta. Budzi się jednocześnie w czytelniku słuszna nieufność wobec własnych przekonań.

Idling nie szafuje ani stylem, ani okrucieństwem, krwi jest i tak – jeśli zastanowić się nad możliwościami, które temat oferuje – niewiele, podobnie jak niewiele patosu. Książka nie jest napisana w tonie oznajmującym, ale waha się i kluczy. Myśli Idlinga, chociaż w tekście obecne, myślą się w czasie książki, są niedokończone, niedoskonałe, wyrabiają się w trakcie pisania: dzięki dialogowi, który toczy się wewnątrz tekstu, szwedzki reporter napisał reportaż dla mnie wzorcowy, zbudowany na wieloletniej znajomości i zainteresowaniu tematem, który traktując o rzeczach tak zapalnych, w żadną z pułapek nie wpadł.

Peter Fröberg Idling, Uśmiech Pol Pota, Czarne, 2011

P.S. Mottem książki jest enigmatyczny cytat z wiersza Larsa Michaela Raattamaa’y: „zapewniam was, to pradwa”. Jak wyjaśnia tłumacz Mariusz Kalinowski nie chodzi o – jak można by było pomyśleć w pierwszym odruchu – monstrualną literówkę, ale o literówkę zamierzoną. Motto zapowiada nieoczywisty charakter reportażu – zapewniam was, to pradwa.

Taktownie, chłodnym językiem napisana autobiografia Michała Głowińskiego doczekała się recenzji, gdzie tam recenzji, laurów: Michał Głowiński to w końcu nie byle profesor. To badacz Leśmiana i Tuwima, to polonistyczna legenda, a o legendzie, która spowiada się z wojennych traum, homoseksualizmu, klaustrofobii i innych, wypada, jeśli pisać, to tylko pochwalnie. W zamian za lata, dekady wręcz, powściągliwości i milczenia, autor, odezwawszy się,  zbiera oklaski. Mędrzec dixit.

Głowiński, dziecko urodzone w żydowskiej rodzinie w 1934, ma o czym opowiadać. Przez pierwsze sto stron książki jego chronologiczna, skrupulatna narracja się broni, bo wysycona jest szczegółami: od przeprowadzki z Pruszkowa do getta, burzy nad Warszawą – tej meteorologicznej i tej innej, straszniejszej – podczas której młody Michał chowa się za szafą, po pobyt u sióstr w Turkowicach i lata wczesnoszkolnej edukacji (czytelnikom poszukującym sensacji ułatwiam zadanie: tam okrzyczane aveu Głowińskiego homoseksualisty). Kiedy jednak na warsztat bierze lata studenckie , to robi się nie tyle nieciekawie, co piramidalnie, monstrualnie wręcz nudno, ale nuda to szczególnego rodzaju, można rzec: nuda fascynująca. Głowiński jest jak krańcowa senność, o czwartej nad ranem, z bezsennością pożeniona, jego systematyczne, cycerońskie okresy, jego maniera są tak uciążliwe, że aż przykuwają.

Bo stronice, usiane pedantycznymi rozważaniami o początkach IBL-u czy charakterze takiej czy innej profesor, czytałem nie tylko jako zapis życia Głowińskiego, ale pisanie jego widzę jako symptom lęków i manii. Głowiński boi się ludzi? Podobnie zdania jego, lękliwe, niepewne literackiej mocy, kryją się ze sztampą. Głowiński niepewny siebie? I siebie skrywa za rozwlekłymi analizami Kongresu Polonistów czy zmian zaszłych wraz ze śmiercią Stalina. Głowiński wypierający swoją seksualność? Proza jego aseksualna, niezmysłowa, bezpłciowa.

Można więc potraktować autobiografię Głowińskiego jak zapiski szaleńca – chorego na szczególne, oszczędne szaleństwo. Chorego na neurozę. W tym stwierdzeniu – zapiski szaleńca – skrywam, czego pewno niełatwo się domyślić, szczery zachwyt. Jak to z zapisem szaleństwa, jest to dokument zarazem nudny, bo przebijać się trzeba przez jego nieuniknioną monotonię i obcość, ale i pouczający, bo jeśli w czymś Głowiński się odsłania, to właśnie najbardziej w stylu, kostycznym, chorym, którym stara się zasłonić swoją obcość, zredagować erratę albo sprostowanie do swojego życia.

 

Michał Głowiński, Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna, Wydawnictwo Literackie 2019

P.S. Jednym z objawów tej neurozy literackiej jest przeniesiona wprost z prac naukowych obsesja, żeby przypadkiem się nie powtarzać. Relacjonuje więc Głowiński najbardziej dramatyczne momenty z czasów okupacji, dochodzi do szmalcownika, który szantażował jego i matkę, całą rzecz konkludując w jednym zdaniu: o tym pisałem już gdzieś indziej. I tak raz po raz: to omówiłem już gdzieś indziej. To było gdzie indziej. Chciałbym sprostować. Chciałbym wyjaśnić.

O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości? Jeśli kogoś skusi piosenkowy tytuł i spodziewa się poduszkowej literatury do poczytania na głos (bo krótkie, i zanim ona albo on zasną, to miną te cztery strony), to spieszę wyprowadzić go z błędu. Szorstkie i czułe opowiadania, pisane przez byłego alkoholika, do czytania na głos się nie nadają, a na temat love talk Carver powie: „powinniśmy się wstydzić, kiedy mówimy tak, jakbyśmy wiedzieli o co chodzi, kiedy mówimy o miłości”.

Ten zbiór minimalistycznych opowiadań to jeden z kamieni milowych amerykańskiej literatury dwudziestego wieku: ledwie się to napisze, i już człowiek się zastanawia, czy można powiedzieć kamień milowy o książeczce liczącej sto ileś stron, złożonej z ciut melancholijnych, ciut wulgarnych, zgoła nieposągowych opowiadań – w dodatku zrobionych z ciszy? Bohaterowie Carvera to Ameryka niebieskich kołnierzyków i Ameryka blue melancholy – rodzinnych porachunków, awantur po alkoholu, nieprzespanej nocy przy chorym dziecku, drobnych sprzeczek przy kartach – codzienna na wskroś. W końcu: to Ameryka bez puenty, bo tak jak poranione i samotne są postaci, tak okaleczone – bez wstępu, bez kulminacji, bez witty ending – są opowiadania.

Jeśli podczas lektury prześladuje nas déjà vu, to nie dlatego, że opisywane sytuacje są tak prawdziwe – ileż razy mijaliśmy się z nimi obojętnie w książkach – ale ze względu na osławiony styl. Oszczędny, eliptyczny, oddaje to jakże znane wrażenie: niemożności przekazania siebie, niemożności komunikacji, niemożności, bo ponad proste – powiedział, wstała, popatrzyli, chodź – jak niewiele można powiedzieć, kiedy mówimy o miłości. Pierwsze opowiadanie w tomie kończy się tak:

„- Ten facet był w średnim wieku. Wszystkie rzeczy miał na podwórku. Naprawdę. Upiliśmy się i zaczęliśmy tańczyć. Na podjeździe. Naprawdę. O Boże. Tylko się nie śmiej. Puszczał nam płyty. Popatrz na ten gramofon. Dał go nam. I wszystkie te pieprzone płyty. Całe to gówno.

Mówiła. Powiedziała wszystkim. Było w tym coś więcej i próbowała to z siebie wyrzucić. Po jakimś czasie przestała próbować.”

To symptomatyczne: pierwsze opowiadanie zapowiada nam właśnie, że „przestała próbować” i nie będzie więcej „wyrzucania z siebie”. I nie ma.

Szczerze współczuję tłumaczowi Carvera – gnieść się z tekstem skondensowanym, który czerpie z melodii języka i jego codzienności, to istna męka. Począwszy od tytułu: What we talk about when we talk about love. Jest też ten zbiór pochwałą – pośrednią – niedocenianego zawodu redaktora. Niewdzięczny Eliott widział w nich – niepomny tego, co dla „Jałowej ziemi” zrobił Ezra Pound – failed writers, złorzeczyli na redaktorów niemal wszyscy wielcy. Tymczasem po odkryciu oryginalnych wersji opowiadań Raymonda Carvera okazało się, że jego przyjaciel, pisarz i redaktor Gordon Lish dokonał w nich drastycznych zmian oraz cięć: skrócił je, pozbawił intertekstualnych odniesień i puent. To Gordon jest współtwórcą minimalistycznego stylu, który stał się wizytówką Carvera na całym świecie, a jednocześnie zmorą i marzeniem wielu początkujących pisarzy: jak pisać tak, że less is more.

I może dlatego tak świetnie, świeżo i prawdziwie brzmi ta książka opisując relację między dwojgiem ludzi – bo sama jest owocem nieporozumień, walk i przyjaźni dwóch niezłych amerykańskich literatów?

 

Raymond Carver, O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości, Świat Literacki, 2006

Miłosz w Kairze

3 lutego 2011

Strona obchodów Roku Miłosza informuje, że na popołudnie 30 stycznia zaplanowana była panelowa dyskusja o twórczości Miłosza na Targach Książki w Kairze: wątpliwe jednak czy profesor Hanaa Abd al-Fattah al-Metwaly, ściskając skórzaną torbę czy cokolwiek innego, co w Egipcie jest emblematem akademika, przedarł się pod gradem gumowych kul, przeczołgał między płonącymi samochodami i zatykając nos szmatą  dotarł do pustej hali targowej, żeby dyskutować o twórczości, dziele i życiu poety. Szczerze wątpię, że personel ambasady wychynął zza zakratowanych okien, odłożył telefony i pospieszył promować polską kulturę: nie byłoby zresztą przed kim promować, bo wszyscy, tak się składa, walczyli oraz ginęli na ulicy.

Jednak obraz panelistów debatujących o Miłoszu w ogarniętym rewolucją mieście jest nie tylko groteskowy: ma w sobie coś inspirującego. Bo w końcu mowa o intelektualiście, który wojnę zażywał w sporych dawkach, ale niespecjalnie uczestniczył, poecie, który w trakcie okupacji nauczył się angielskiego, utrzymywał nie tylko z przenoszenia zbiorów Biblioteki Warszawskiej, ale i targowego handlu damską bielizną, kimś, kogo los doskonale ilustruje losu ironię: jedyny raz, kiedy Miłosz zdecydował się na wojenną brawurę i 17 września ruszył z Lublina jako korespondent Polskiego Radia na front, ocaliło go to (o ile można pozwolić sobie na gdybanie) od śmierci, bo 17 września w Lublinie podczas bombardowania zginął Józef Czechowicz: a z Józiem Miłosz się w tamtym czasie praktycznie nie rozstawał. Kimś, kto szedł obok historii z prostym i arcytrudnym zamiarem: przeżyć i się nie splamić. Kimś, dla kogo te wydarzenia nie podważały sensu duchowej pracy nad sobą, ale wręcz wzmagały jej potrzebę: z tego wzmożenia przybędzie czytelnikom i Campo di Fiori i wydanych po dziesięcioleciach Legend nowoczesności.

Czego nas uczy Miłosz w czasach zarazy? Jest kimś, kto każe się zastanowić nad naturalnym odruchem przedkładania historii nad namysł nad nią: wiadomo, koleś z metalowym drągiem ma przewagę nad jakimś intelektualistą, co może udowodnić jednym zamachem dłoni, a jednak, po czasie, jeśli ktoś dostarcza nam języka do mówienia o pożogach, to ten Miłosz, tłumaczący w Warszawie angielskich metafizyków, ten Białoszewski, co na książkach Gide’a uczył się francuskiego, i to w trakcie Powstania…

PPDA

6 stycznia 2011

PPDAPod tajemniczym skrótem kryje się Patrick Poivre d’Arvor – czyli Patryk Pieprz z Arvor, francuski prezenter telewizyjny, dziennikarz oraz pisarz – chociaż te dwa ostatnie zatrudnienia powinienem opatrzyć wymownymi cudzysłowami.

Spośród blamaży, z których Patryk wychodził nietknięty, warto wspomnieć „wywiad” z Fidelem Castro z 1991 roku, w którym wypowiedzi kubańskiego przywódcy z konferencji prasowej zostały zmontowane z nagranymi później pytaniami dziennikarza. PPDA tłumaczył się później, że tylko głupiec mógł pomyśleć, że z Castro dało się przeprowadzić wówczas rzetelny wywiad. Potem, że wystąpiły problemy, że montażysta nawalił, a tak w ogóle on, Patryk Pieprz z Arvor, przeprowadził długaśną rozmowę z Castro w tamtym właśnie okresie, ot co.

Cóż to wszystko ma do literatury? Ma całkiem sporo, bo obok swoich rozlicznych telewizyjnych zatrudnień i spraw sądowych znalazł Poivre d’Arvor czas na napisanie niemal sześćdziesięciu książek w ciągu ostatnich dekad: jakkolwiek większość Francuzów kojarzy go z wieczornym wydaniem dziennika na jedynce i kukiełką, która prowadzi słynne Giniole, to jako pisarz dopracował się paru nominacji do słusznych nagród.  Póki PPDA pisał o kochankach, żonach and company, rzecz nie budziła nadmiernych emocji, ale teraz, kiedy na pięćdziesiątą rocznicę śmierci Ernesta Hemingwaya przygotował Francuzom biografię amerykańskiego big rajtera, szykuje się prawdziwy hit.

Otóż, jak donosi „L’Express”, w książce Patryka, która na rynku ma ukazać się 19 stycznia, ponad 100 stron zostało przepisanych z innej biografii pisarza, autorstwa niejakiego Petera Griffina, opublikowanej w Stanach Zjednoczonych w 1985 roku, natomiast we Francji w roku 1989. Co więcej, biedny d’Arvor, nie narzekający zapewne na nadmiar wolnego czasu, zerżnął od Griffina całą strukturę dzieła: ten smutny, niezaprzeczalny i ilustrowany przykładami w „L’Express” plagiat doczekał się komentarza autora, któremu pogratulować należy i bezczelności, i głupoty: „pracowałem nad książką półtora roku i za uwłaczające uważam te podejrzenia”.

D’Arvor jest telewizyjnym bubkiem i nietrudno się domyślić, że niektórzy krytycy ostrzą sobie na niego zęby od dawna: może jego siła polega właśnie na żenadzie i bezczelności. Niemniej burzy się krew – oto Griffin, który wykonał rzetelną akademicką robotę, lata życia poświęcił na niepokojenie archiwów w całych Stanach, dotarł do świadków młodości Hemingwaya, w końcu umarł – jakby tego było mało, po śmierci zostaje wykorzystany przez chciwego faceta. Jeszcze żeby się PPDA do tego Griffina przyznał, ale nie ma go nawet w bibliografii.

PPDA zamierza wciskać kit ludziom w ilości co najmniej dwudziestu tysięcy egzemplarzy – jak podaje gazeta, tyle wynosi pierwszy nakład. Wysoce prawdopodobne zresztą, że PPDA książki nie napisał, ale zlecił ją jakiemuś nierzetelnemu ghost rajterowi.

Katastrofa PPDA przypomina mi inną. W zagranicznym wydawnictwie, którego nazwę przemilczę, miałem do czynienia z „gotowym do druku” przeglądowym albumem malarstwa. Autorka tekstów skopiowała niemal całość swoich refleksji z Wikipedii, nie posługiwała się jednak komputerem zbyt sprawnie: w pliku doc zdołała zmienić całość tekstu na ortodoksyjne Times New Roman 12 bez podkreśleń, hiperlinki jednakpozostały. Jaki z tego wniosek? Lepiej kupować książki, które zostały napisane, nie zaś wyprodukowane.