Pisząc tę krótką notatkę na temat przeczytanej po raz drugi powieści Mario Vargasa Llosy, Ciotka Julia i skryba, słucham jednocześnie wywiadu, jakiego peruwiański pisarz udzielił angielskiemu radiu na temat wspomnianej książki. Słucham, słucham i w słuchaniu tym – potwierdza się przynajmniej jedna z myśli, jakie nasunęła mi się przy drugiej lekturze.

Zacznijmy od historii – Lima lat pięćdziesiątych. Osiemnastoletni student prawa, dzielący czas między pracę w radio i pisanie debiutanckich opowiadań, zakochuje się w starszej od niego o piętnaście lat rozwódce, na domiar nieszczęścia, ciotce. Rozwijającej się między nimi miłości towarzyszy historia kariery radiowego felietonisty, Pedro Camacho, którego szaleńcze, najeżone społecznymi i literackimi stereotypami radiowe felietony (mydlane opery, w których przegląda się cały gatunek) podbijają serca peruwiańskiej stolicy. W Ciotce Julii i skrybie owe felietony (historie księży, brutalnych gwałtów, nieuchronnie pięćdziesięcioletnich sędziów) przeplatają się z nieszczęściami i szczęściami młodego oraz ciotki Julii. Atmosfera wokół pary gęstnieje, prowadząc do – oszczędzę opisywania końcowych perypetii – vargasowskiej, pełnej zawiesistego mezaliansu kulminacji.

Cały, że tak powiem, bajer książki polega na zderzeniu między historią zakazanej miłości a opętanymi, radiowymi romansami – przywodzi na myśl osadzone w peruwiańskiej scenografii Czasy Radia Woody’ego Allena. Ale ja miałem o czymś innym. Te piętrowe niczym tort historie Pedro Camacho, z oklepanymi dialogami, przywiodły mi bowem na myśl coś innego, ostatnio przeczytaną inną książke Vargasa – Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki. Pomyślałem, że ta powieść jest niczym rozdmuchany do rozmiarów kilkuset stron felieton Pedro Camacho – pisarska pokusa trapiąca Llosę od dawna i do której pisarz przyznał się we właśnie kończącym się wywiadzie. Na początku miałem ochotę opisać miłość ciotki Julii i Varguitasa jako radiowy felieton, dopiero moja naturalna tendencja do realizmu kazała mi zmienić projekt – przyznaje Vargas Llosa.

Ostatnia sprawa to oczywiście aspekt autobiograficzny. Krewna Vargasa Llosy, z którą ożenił się jako młody chłopak, potraktowała historię ciotki Julii na tyle serio, że postarała się o sprostowanie (polecam link!), w którym wyjaśnia tajemnice ich związku.

Czy to pożyteczne, komentować książki, obok których przeszedłem mimochodem? Na usprawiedliwienie mogę jedynie rzec – Gladiatorów Arthura Koestlera sumiennie i po uczniowsku przeczytałem, czyniąc na marginesach ołówkowe notatki, wspomniana powieść stanowi element trylogii, która tematycznie bliska jest Grobowcowi Dawida Borysowicza, w końcu zaś język literatury niekoniecznie jest językiem biblijnym i pomiędzy apokaliptycznymi tak i nie może być chyba w nim trochę letniości i niemoralnych półcieni?

Książka Koestlera traktuje, z historyczną dowolnością, o powstaniu Spartakusa. Siadałem do Koestlera, jak często mi się zdarza z historycznymi powieściami, jak do kryminału – ramy wydarzeń jak i zakończenie raczej znane, pozostało przeczytać, aby dowiedzieć się, jak do zakończenia doszło. Literatura pozostała. Oczekiwałem na to, co po drodze. Otóż to, co po drodze – w dosłownym, pieszym i tym przenośnym, czytelniczym znaczeniu – się garstce tytułowych gladiatorów przydarza zaspokaja wszystkie konwencje historycznej powieści: jest podstarzały, zrzędliwy rzymski urzędnik (postać mająca u czytelnika wywołać pobłażliwy uśmiech, że wszystkie epoki są takie same), jest szczypta archeologicznego szczegółu (obracana w rękach biesiadników waza taka a taka), jest demoniczna, milcząca kochanka wodza, jest w końcu mesjanistyczna interpretacja powstania Spartakusa (jako poprzednika Chrystusa, który nie utrafił w odpowiedni czas). A, skryba! Jest oczywiście skryba, który losy powstania spisze.

Szczęśliwie książka Koestlera broni się przed polityczną jednoznacznością – zagrożenia spartakijskiej utopii i ciążące na niej odium przemocy pokazane są z przenikliwością człowieka, który stracił wiarę w komunizm. Tym niemniej w zestawieniu z takimi powieściami jak Pamiętniki Hadriana czy Ja, Klaudiusz wyprana jest ona z psychologicznej głębi czy wszelkiej innej głębi – ma w sobie coś z domorosłej historiografii, gdzie autor odgrywa bogactwo postaci i bitewnych pejzaży na złożonej z kilku klawiszy klawiaturze.

Aby oddać w pełni sprawiedliwość Koestlerowi, muszę przyznać się do jednego – czytałem powieść po francusku, przetłumaczoną z angielskiego. Oryginał był pisany po węgiersku. Co straciłem jako czytelnik, ile z wrażenia, że Gladiatorzy są papierową, nieprzekonywającą rozprawką, zawdzięczam temu, że dwa tłumaczeniowe żarna mełły prozę Koestlera – nie wiem i dowiedzieć się, nie dowiem. (Na marginesie, nie tak dawno temu francuskie wydawnictwo Flammarion świadomie zabawiło się w tłumaczeniowy głuchy telefon – opublikowało bowiem francuskie tłumaczenie japońskiego tłumaczenia Prób Montaigne’a.)

Powrót do Dziennika Leopolda Tyrmanda zaskakuje. Oczywiście wszystkie wielkopomne momenty tych zapisków z warszawskich miesięcy roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego – przepastna analiza radzieckiej propagandy przez Kisiela na przykładzie piłkarskiego meczu, Zbigniew Herbert ze słoiczkiem dżemu, Leopold Tyrmand na licealnej prywatce w bikiniarskich skarpetkach, Tygodnik Powszechny, wódka, kobiety i umęczony gmach Ministerstwa Wewnętrznego w tle – są jak najbardziej na swoich miejscach. Wszyscy wielcy utytłani w komunistycznej nędzy, są.

A jednak – do lektury mojego wysłużonego egzemplarza, w który jeszcze interweniowała momentami cenzura, temperując komentarze na temat ostatniego świętego, Lenina, wkradła się wątpliwość. Dlaczego? Dlaczego wątpliwość? Ponieważ, jak się dowiedziałem (poniewczasie, rzecz jasna), istnieje podparta dowodami hipoteza, że Tyrmand dziennik, już na emigracji, gruntownie przerobił. Przepisał. Podrasował. Na przykład kochanka Tyrmanda – Bogna. We wczesnym dziecięctwie imię Bogna nieodłącznie kojarzyło mi się z tym, kluczowym dla wczesnego wychowania seksualnego mężczyzny, fragmentem o seksie oralnym u Tyrmanda. I co się okazało? Nie Bogna to była w rzeczywistości, a Krystyna. Wielka zdrada. Między Bogną a Krystyną – przepaść. Kto próbował do Bogny zwrócić się Krystyna, a do Krystyny szepnąć Bogna, wie o jakiej przepaści mówię.

W świetlej tak fundamentalnego zakłamania, zacząłem czytać Dziennik nieufnie. Ten fragment o Tadeuszu Konwickim, młodym służebnym aparatczyku, nie dodany został post factum? Ta tyrada o moralnych wątpliwościach Tyrmanda, nie brzmi ona fałszywie jak plastykowy gong? Ta uwaga Zbigniewa Herberta, że kluczową wartością każdego dziennika jest bezwzględna szczerość, nie drwi sobie ona z czytelnika? Zza Dziennika, który dziennikiem właściwie być przestaje, wyłania się druga twarz Leoplda Tyrmanda, mitomana, nieznośnego snoba, efekciarza z moralnymi pretensjami, którego publicystyczne, świeże wyskoki – nazwijmy je tyrmandy – zaczynają irytować.

W rzeczywistości, gdybym pisał prawdziwą z tyrmandowską książką rozprawę, mógłbym pofatygować się o sprawdzenie niektórych z moich gorzkich przypuszczeń – w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym opublikowano, opartą na osobistych notatkach, oryginalną wersję Dziennika. Oczywiście, zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, że literacka wartość Dziennika – dołóżmy do tego poczucie zawodu i oszukania – chwieje się w posadach, kiedy wiemy, że to tylko literatura. Oczywiście również, trzeba koniecznie przeczytać – same pogawędki Kisiela i wizyty u warszawskiego krawca wystarczą za wszelkie żenujące zmyślenia.

 

Leopold Tyrmand Dziennik 1954, Res Publica, 1989

Moja znajomość japońskiego pisarza Kenzaburo Oe datuje się od pewnego mglistego, nieokreślonego wieczoru sprzed kilku lat. To właśnie wówczas, w sali medycznego kolegium, miało odbyć się spotkanie z brytyjskim prozaikiem, Kazuo Ishiguro – przyszedłem spóźniony akurat w momencie, kiedy Ishiguro rozprawiał o krowach. „Krowa – powiadał pisarz – nie zadaje sobie pewnych pytań.” Jakich pytań, zdążyło przemknąć mi przez myśl, na nieszczęście temat krowy przepadł, przesłonięty przez inną, daleko donioślejszą literacko kwestię. „Kiedy piszę, – rozpoczął mniej więcej Ishiguro – myślę o wszystkich tłumaczeniach moich książek i globalnym czytelniku, staram się unikać aliteracji, nieczytelnych aluzji i odwołań, nieprzekładalnych gier słownych.” Wszystkim nam, czytelnikom, obecnym na sali, zrobiło się przykro. „Kiedyś uważałem – kontynuował – że jest to słuszne i piękne. Jak byłem młody. Pamiętam, podczas wizyty w Japonii, w jednym z nieuchronnych, wielkomiejskich hoteli grupa dziennikarzy zepchnęła mnie i Kenzaburo Oe w kierunku windy, podsuwając dziesiątki mikrofonów. Rozprawiałem o globalnej literaturze. Byłem entuzjastyczny. Wówczas Kenzaburo Oe zauważył – tutaj Kazuo Ishiguro przepysznie zawiesił głos – zauważył w bardzo kulturalny, bardzo japoński sposób, że mogę nie mieć racji.” I tym pozostał na długie lata dla mnie Kenzaburo Oe, czy też, jak chce japoński zwyczaj stawiania nazwisk przed imionami, Ōe Kenzaburō – facetem, który w odpowiednim momencie i w niezwykle grzeczny sposób mówi młodym literackim szaleńcom zachłyśniętym kilkoma mikrofonami, że mogą nie mieć racji.

Obecnie trzymam w rękach wydany po francusku cykl reportaży, które Oe napisał w Hiroszimie w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, mając mniej więcej trzydzieści lat. Całość nosi przygnębiający tytuł Les Notes de Hiroshima, ma tę zaletę, że przetłumaczona została bezpośrednio z japońskiego i ma ten feler, że, o ile mi wiadomo, nie została wydana po polsku. Rozpoczyna się prologiem, w którym Oe opisuje siebie, początkującego pisarza przed trzydziestką, który właśnie dowiedział się o tym, że urodziło mu się upośledzone dziecko – niewiele później redakcja wysyła go  na tygodniowy reportaż do Hiroszimy. „Gdyby nie ów tydzień, nie byłbym ani pisarzem, ani człowiekiem, którym jestem teraz” – przyznaje Oe.
Oprócz bezsprzecznego humanizmu opowieści – lekarze wyczołgujący się z radioaktywnego popiołu, żeby ratować rannych, zmagania ocalałych z katastrofy o godną opiekę medyczną – istotne wydały mi się dwie sprawy. Pierwsza to, powiedzmy sobie po bergmanowsku, kwestia śmierci – hibakusha często popełniają samobójstwo w momencie kiedy dowiadują się, że są chorzy na raka bądź białaczkę. Chodzi o to – tak to czuję i tak wyjaśnia to jeden z cytowanych w książce lekarzy, ocalały z bombardowania – że nie mogą dopuścić do siebie myśli o tym, że tamto ich zabija. Oni chcą przeżyć swoją śmierć, a nie tamtą śmierć. Wydało mi się to bardzo piękne i bardzo ludzkie. Druga sprawa to taka, że wszystkim tym ludziom książka Oe – pomimo, że dziennikarsko dobra, czy też właśnie dlatego, że dziennikarsko dobra – wyrządza krzywdę. Jeżeli wierzyć dostępnym w internecie statystykom, to na osiem tysięcy chorych na raka wśród hibakusha około ośmiuset zachorowało ze względu na bombardowanie (reszta to populacyjna średnia, niestety). Każdy z tych ośmiu tysięcy tymczasem – wystarczy przeczytać odpowiednie fragmenty z cyklu reportaży Oe, fragmenty o dantejskim piekle, nieporównywalnym cierpieniu, niezliczonych i nieklasyfikowalnych symptomach, holokauście – czuł się ofiarą bombardowania, musiał czuć się ofiarą bombardowania ze względu na zwykłą przyzwoitość. Oe ze zrozumieniem pochyla się nad exodusem ocalałych hiroszimian do innych miast, rozumie, że pragną zapomnieć o swoim mieście – nie jest wystarczająco przenikliwy, żeby zauważyć, że oni uciekają nie tylko przed miastem, oni uciekają nade wszystko przed Oe, przed podobnymi do niego pasjonatami pamięci, którzy pragnęliby odebrać tym ludziom życie i zawekować je w piwnicy z napisem radioaktywne. Śledzącymi na twarzach oznaki zmęczenia albo zniechęcenia, oczywiście popromiennych zmęczenia i zniechęcenia. Taka literatura może mieć tragiczne społeczne reperkusje (wprzężona w cały dyskurs katastroficzny).
Pominę już brak zarysowania jakiekolwiek, szczątkowej chociażby, perspektywy historycznej w wykonaniu autora. Poza czernią i bielą trudno doszukać się kompromisowej szarości – Hiroszima to największe nieszczęście w historii ludzkości, Japończycy zostali zaatakowani z niezrozumiałych i niegodnych wspomnienia powodów, o nieprzyjemnych praktykach na terenach podbitych przez Kraj Kwitnącej Wiśni – ani słowa. Reportaże Oe, niewątpliwie wielkie świadectwami walczących z promieniowaniem i ludzką obojętnością, nie mogą zastosować klasycznego uniku – w literaturze wszystko jest literaturą. Wracając do anegdoty opowiedzianej przez Ishiguro – Kenzaburo Oe z Les Notes de Hiroshima jest, faktycznie, doskonałym pisarzem o wąskim horyzoncie.

 

Kenzaburo Oe, Les Notes de Hiroshima, Gallimard, 1996