Weiser Dawidek, Paweł Huelle

11 listopada 2009

Przede wszystkim to powieść krótka – gros jej zamknięte w nawiasach dwóch wakacyjnych miesięcy, lipca i sierpnia wybawiających gdańskie dzieciaki od wszelkich obowiązków i rodzicielskiej kontroli. Tego suchego lata 1957 roku, narracja również bierze wakacje od realistycznej konwencji, wałęsa się po rumowiskach fantastyki, światłocienia i niedopowiedzeń. Szwendają się po przedmieściach, lotnisku, dolinkach i gruzach gdańskie kilkunastoletnie chłopaki, gramolą się od olśnienia do olśnienia, popijają oranżadę, a sfora spotkanych postaci, ze zbiegłym z pobliskiego psychiatryka szaleńcem Żółtoskrzydłym, ganiającym z siatką na motyle zawziętym komunistą, nauczycielem biologii M-skim i przede wszystkim żydowskim dzieciakiem o magicznych zdolnościach, Weiserem Dawidkiem, roztacza nad powieścią niepokojącą aurę.

Weiser Dawidek oraz towarzysząca mu „impresario”, Elka, stanowią fantomową parę, ni dorosłą, ni dziecięcą, ni rzeczywistą, ni wyśnioną, obcą, osobną. Weiser potrafi poskromić panterę w oliwskim zoo, gra w piłkę niebywale, lewituje, wyśmienicie strzela z pistoletu – ale skąd wziął broń? jakie były jego zamiary? jak poskramia się czarną panterę? – w końcu prezentuje chłopakom serię kolorowych wybuchów. Przy ostatnim ginie – czy naprawdę ginie? – żeby następnego dnia odnaleźć się na brzegu rzeki, gdzie już na dobre, ostatecznie, niewytłumaczalnie, przepadają z Elką w wodnym tunelu. Elka odnajduje się po kilku dniach. Weiser nie. Wakacje dobiegają końca, M-ski z dyrektorem organizują dochodzenie w sprawie dziwnych wypadków tego lata i zniknięcia Weisera Dawidka, wracamy do rzeczywistości.

Powieść, snuta zresztą przez jednego z uczestników tamtych wydarzeń, zorganizowana jest wokół dwóch osi – wspomnień z lata spędzonego z Weiserem Dawidkiem podczas przesłuchań w szkole, kiedy M-ski i dyrektor chcą za wszelką cenę dowiedzieć się od chłopaków, co naprawdę się wydarzyło – co bowiem naprawdę się wydarzyło? – i po drugie, wokół wysiłku podjętego przez narratora po latach, żeby zrekonstruować wydarzenia upalnych miesięcy 1957 roku. Historia opowiadana jest, jak można wywnioskować z kontekstu, w początkach lat osiemdziesiątych, a wciąż prześladuje i nawiedza narratora. Z męki jedynym wybawieniem literatura czyli właśnie opowiadanie.

Niezliczone z baśni o żydowskim chłopczyku można wysnuć morały i motywy, ale narzuca się jeden – toć to Günter Grass. I faktycznie, podobieństwa rzucają się w oczy, podobieństwa skaczą nam do oczu, podobieństwa się panoszą, nie chodzi nawet o miasto, o dziecko, o muzykę, o skrytą, senną brutalność lat pięćdziesiątych, o pamięć, co pruje się i siepie, ale o coś co nazwałbym zapachem prozy, tym zapachem, który przychodzi do czytelnika, kiedy otwiera przerwaną lekturę w tramwaju, ten zapach na wskroś jest grassowski. Fakt, że Paweł Huelle przyznaje się otwarcie do inspiracji niemieckim noblistą, nie rozgrzesza go, w moich oczach, z chwilowych braków oryginalności i pójścia w pewne podróbki – choćbyśmy nazwali je polemiką.

Wydany w latach osiemdziesiątych, był swego czasu Weiser Dawidek książką ważną, bezkompromisową, jak na debiut młodego prozaika dojrzałą. Nie na darmo Jan Błoński powiedział o nim, co powiedział. Wciąż mówi o pragnieniach, co nas drążą (mądra i przekonywająca recenzja w Polityce), wciąż, jak każda dobrze opowiedziana historia, obradza rozbieżnymi interpretacjami, wciąż czyta się wartko. Nie sposób jednak, po latach, nie dostrzec w nim literackich wtórności, które sprawiają – a szkoda, bo powieść warta jest rozmyślenia – że zapomina się ją szybko na tle z podobnego. (Na deser zaś link do garści narzekań na historyczne nieścisłości w Weiserze Dawidku.)

Paweł Huelle, Weiser Dawidek, Znak, 2006

Reklamy

Fernando Pessoa, spodziewana gwiazda sezonu. Fernando to nie miał być jeno kolejny zawodnik, lecz zapowiadany jesienny hit, na którego dzieło w transferowym okienku wydałem okrągłe pięćdziesiąt złotych. Nazwisko wystarczy – umacniał mnie w przekonaniu znajomy, podkreślając doraźne korzyści – nazwisko wystarczy, a już otwierają się serca studentek, barman westchnie wybaczając moc nieścisłości i brakujące pięćdziesiąt groszy, bowiem powiedziałeś – Fernando Pessoa.

Fernando Pessoa – tak długo oczekiwał na mojej ławce rezerwowych, tak wytrwale grzał ławę w drugim szeregu lektur, tak się sposobił i szykował do wyjścia na murawę, że kiedy już wybiegł oklaskiwany przez recenzje – a mowa tu o napoczętej przeze mnie kilka tygodni temu Księdze niepokoju w fenomenalnym na oko tłumaczeniu Michała Lipszyca – to spodziewałem się po nim występu epokowego, przerzutni na miarę pucharów światowych. Cóż, piłkarskie porównania i entuzjazm kibica ugrzęzły po kilku stronach w błocie, jakieś analizy, chmury opalizują, księgowy, mgła niewyraźna nad stadionem w Lizbonie się przędzie.

Księga niepokoju jest, przyznaję, książką subtelną i płodem umysłu wyrafinowanego, jednak toczą ją czarna megalomania i powtórzenia. Oto śledzimy przez kilkaset stron poetyckiej prozy wahania i rozmarzenie jednego z heteronimów Pessoi, Bernarda Soaresa, zamieszkałego w Lizbonie pomocnika księgowego, w którego życiu nie dzieje się zgoła nic – pustynia, geometria oparta na punkcie, zakreślony cyrklem tyci widnokrąg stanowią o elementarnym krajobrazie. Benard Soares żyje bowiem dla pisania. Odczuwa, analizuje swoje odczucia – prawdę rzekłszy wydelikacony, chorobliwy jego umysł oddychać już nie potrafi inaczej niż poprzez analizę – po to, żeby odczucia zapisać, jednak sama myśl o zapisaniu odczuć nuży go i pozwala popaść w mistyczną apatię. Bernard jest kliszą ustawioną na bajońską czułość, która naświetliłaby się samą sobą. Przyczynek do refleksji stanowią kolejno refleks na oknie, wypiętrzone chmury, obuwie przechodniów, nędza egzystencji pomocnika księgowego, nędza wszystkich innych egzystencji. Literatura wyniesiona zostaje na tron, przy czym ostateczną, monstrualną realizacją literatury jest niepisanie – niepisanie pełne pogardy dla wszelkich nieliterackich form życia. Całość podana w garniturze z proustowskich, eleganckich zdań.

Nie na darmo rozpocząłem od wyświechtanej futbolowej metafory – sport jest na antypodach Księgi niepokoju, dzieła nieseksownego, niecielesnego, rozmemłanego w banalnych rutynach i sycącego się nimi.

Niegodnym oczywiście porywać się, w recenzji o esemesowej długości, na mistrza modernizmu, ale boleśnie przeżyłem monotonię, tandetę niektórych stronnic i upodobanie do paradoksów z lamusa – « wszystko jest niczym » bądź « wszystko to nic » powtarza kilkukrotnie wieszcz i nie sposób nie westchnąć. Spod gnoju można wydobyć perły, jednak czytelnika przygotować trzeba na dłużyzny i rozczarowanie – kostyczny styl nie opuszcza Pessoi nigdy. Mało kto byłby w stanie odmówić Księdze niepokoju swoistych wielkości i ekstremizmu, natomiast wydaje mi się, że jej felery warte są, w przeciwieństwie do otrąbionych urbi et orbi zalet, wypowiedzenia na piśmie.

Fernando Pessoa, Księga niepokoju, Świat Literacki, 2007