Balzakiana, Jacek Dehnel

28 lutego 2010

Ten zbiór niewielkich powieści opartych na Balzakowskich motywach szeleści prozą. Szeleści, szepcze, wchodzimy do zakurzonego bric-à-brac mieszczaństwa, które służy za lamus na wszelkie społeczne wady, spacerujemy po kolejnych akapitach, jakie Jacek Dehnel stara się urządzić z dizajnerskim smakiem – odrobina antyku i teint rzeczywistości agencji ochroniarskich. W końcu, na świeżym powietrzu, przechadzamy się bez przekonania po warszawskim marché aux puces. Z pozoru Balzakiana opowiadają historie: małżeństwa między nieopierzoną mieszczką a modnym malarzem, nieodwzajemnionej miłości do rodzeństwa, ciągną tragedię korepetytora udzielającego lekcji manier czy gwiazdy estrady, która, jak powiada tytuł, już na zasłużonej emeryturze. Wszystko typy wyraziste, zaplątane w swoje społeczne role. Tematem przewodnim mezalians w najszerszym, egzystencjalnym znaczeniu słowa.

Streszczenie perypetii bohaterów niewskazane, nie tylko dlatego, że są liczne i pisane z biograficznym rozmachem, kwitną tam całe genealogie, ale również ze względu na Dehnelowską, nazwijmy to, swadę. Mieszczańską swadę, bo Balzakiana to tak naprawdę książka z dobrego domu. Dumna ze swoich korzeni, z zasłużonego francuskiego taty, jak buntownicza, to nie ponad miarę, kulturalna i mądra. Narrator, podobnie jak jeden z bohaterów, Adrian, chętnie nauczy nas dobrych literackich manier, wplecie ryzalit i sztućce Frageta do tekstu, pokaże jak popatrzeć na feretrony szyldów niesione przez zmęczone fasady.

Ja nie przepadam za taką prozą, pospiesznie uznaję ją za afektowaną – być może właśnie pospiesznie. Taka proza z dobrego domu, skąd wyniesione i umiar i błękitna krew stylu, jest czasami potrzebna, żeby się rozkoszować przedmiotami i ludźmi na przystanku. Ja wolę zadymę w dzikim sadzie, jak mnie narrator bierze za rękę i daje do zjedzenia surowe owoce – dla tych, co lubią posiedzieć w kuchni, popatrzeć jak Dehnel sypie trochę humoru, jak dozuje postacie, jak komponuje i na końcu podaje danie w klimacie mądrym i umiarkowanym, Balzakiana koniecznie. Kucharz pierwsza klasa.

Jacek Dehnel, Balzakiana, Wydawnictwo W.A.B., 2008

Wroniec, Jacek Dukaj

16 lutego 2010

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, przed ustrojową transformacją, w odległym królestwie stanu wojennego, gdzie marszałek Komorowski był internowany, rozpoczyna się opowieść Jacka Dukaja o dziecku walczącym z ubekami i komunistycznym aparatem o odzyskanie swoich rodziców.

Adaś traci kolejno ojca i matkę. Przepadają, porwani, w czeluściach miasta, którego mieszkańcy skradają się przy murach w ciągłej obawie przed własnym cieniem. Kłęby gazu łzawiącego, bikiniarze za kaflowym piecem, kolejne pomieszczenia i pomieszczenia. Wroniec Dukaja to bajka wędrująca, a przede wszystkim wędrująca po języku, festiwal językowych przeinaczeń, od ubeków zmieniających się w Bubeków, milicjantów w Milipantów, po podwójnych agentów zmuszonych wszystko powtarzać dwa razy – nie sposób zinwentaryzować wszystkich baśniowych fajerwerków. Ukoronowaniem powieści jest smutne, bardzo smutne spotkanie Adasia z tytułowym Wrońcem, pękające serce i wrośnięte w nie czarne pióro, zdradzone powołanie pisma do świadczenia o prawdzie, na końcu zaś wszystko okazuje się być koszmarem.

Nie jest to dzieło wielkie. Ma mankament dosyć, jak na bajkę, kurczowego trzymania się historycznego pierwowzoru, nietrudno za każdą pisarską inwencją dostrzec co ona reprezentuje – czyni to z Wrońca rodzaj koślawej bajki satyrycznej i sypie szczyptę ironii na koniec języka. Dukaj w dziedzinie języka jest pomysłowy – to niewiele. To niewiele, ale może to dużo w świecie, gdzie polityczna bajka została zawłaszczona przez narodowych folklorystów, potem przez prawicowych ideologów i gdzie nawet modni w polskiej polityce bliźniacy musieli zacząć od tego, że ukradli księżyc.

Ilustrowana, wydana przyzwoicie, książka wnosi na pewno świeży powiew do świata polskiej politycznej baśni. Na darmo próbuje przenieść do niej pewne skomplikowania, moralne dylematy, dźwięczą tam fałszywie pod złoconymi maskami stylu i metafor. Trzeba było ostrzej, fantazyjnie, okrutnie, baśniowo. Ale Wroniec jest – w samym projekcie jest tyle nowości, że warto skosztować.

Jacek Dukaj, Wroniec, Wydawnictwo Literackie, 2009