„Nocne książki”

5 marca 2010

„W ostatnich latach czyta jednocześnie dwie albo trzy książki. Te czytane w ciągu dnia, dla niewielkich pieniędzy i z obowiązku, traktuje przyzwoicie. Jak znajomych albo jak przedmioty, myśli. Po lekturze odgina rogi, odkłada do równego szeregu na półce lub, kiedy jest w podróży, do walizki, po jakimś czasie rozłąki: zapomina. Inaczej z powieściami nocnymi, które wybiera na intymnych przyjaciół. W języku matki, tym pierwszym, najczęściej już przeczytane, o wytartych brzegach i z włożonym za zakładkę biletem do kina sprzed lat, kołyszą go między trzecią a czwartą nad ranem, kiedy coś – niepowiedziane wspomnienie? ptaki? – budzi go ze snu. Po kilku stronicach zamiera na nowo i gasi lampę. Czasem czyta do rana. Czasem uwierają pod poduszką, wepchnięte tam przez, wędrującą po znanych sobie nieskończonościach, rękę.

Powtarza sobie, że sięga po nie z neurozy, z tych samych powodów, dla których składa ręczniki w kostkę i chodzi codziennie rano na basen, z przyzwyczajenia, z umiłowania do przyzwyczajeń. W rzeczywistości chodzi o inną rzecz: o przywiązanie. Niczego nie oferują, niczego nie wymagają, po prostu mu towarzyszą, czego nie może powiedzieć, jak stwierdza gorzko, o nikim innym.

Nocne książki: trudno powiedzieć, że je czyta.”

Przeczytane w tłumaczeniu

Reklamy

Tytułowy wieczorek odbywa się przy paryskiej ulicy Ranouard, a całość krótkiego utworu – jeżeli wyobrazić sobie kawał powieściowego prześcieradła – rozpięta jest na dwóch klamerkach, charakterystycznych dla rosyjskiej emigracyjnej prozy lat dwudziestych, między rewolucją październikową a Francją. Wieczór z poznaną dziesięć lat wcześniej w rosyjskim gimnazjum Claire odbywa się zgodnie z regulaminem: ona, przed trzydziestką, dystyngowana i nieobecna, mąż wyjechał w delegację na herbacianą wyspę, mętnieje jej od niejasnych pożądań spojrzenie, on, emigrant, przychodzi z dalekiego kraju żebrać o piękno.

Zarówno osiemnastoletni jak i dwudziestoośmioletni, mówią do siebie kochankowie przez pan i pani. Jednak jednego pana od drugiego pana dzieli cała przepaść, zniknięcie i nieobecność Claire, niespodziane małżeństwo, zaciągnięcie się Koli – motywowane chęcią skosztowania przegranej sprawy – do armii białych w dziewiętnastym roku, tułaczka, w końcu emigracja. Przepis na wieczór jest więc taki – na początek kieliszek w paryskim apartamencie Claire, a potem dajemy nura w czas, chronologiczna szpula odwija się przed czytelnikiem, od wczesnego dzieciństwa Koli po ledwie przeczuwane początki w Paryżu. W tym filmie docenia się poszczególne klatki – żywe opisy wujków, zdystansowanej matki, ojca, towarzyszy broni, opisy o paru surowych i kategorycznych przymiotnikach, związanych anegdotą.

Uwiera cały bagaż literackich stereotypów, jaki wieczór u Claire niesie. Rozmowy o sensie życia, przeładowane, uginające się od wrażliwości narratora zdania, w końcu zła francuszczyzna, do której katastrofalne literówki dorzuciła korekta (mój faworyt: « ce jeune home »). Potencjał dramatyczny powieści kiśnie w atmosferze proustowskiej alkowy, buduaru, wymiętoszonego uczucia do Claire, przewietrzonych od czasu do czasu reporterską – czyżby chodziło o wspomnienia autora? – charakterystyką jakiejś postaci (trudno zgodzić mi się z powinowactwami tego pisania z Célinem, jak chciałaby recenzja w Wyborczej). Jednak dodajmy sprawiedliwie – nie każdego dnia można czytać Izaaka Babla, odrobina dobrej woli, a z książki Gazdanowa da usłyszeć się: osobisty głos, dudnienie pancernego pociągu oraz, daleko daleko, dudnienie historii w ogóle.

Gajto Gazdanow, Wieczór u Claire, PIW, 2009