Zbiór opowiadań czarnej autorki ze Stanów Zjednoczonych, opowiadań, chciałoby się dodać, debiutanckich, ale gdzie tam: debiutanckie jedynie dla nas, czytelników, debiutanckie chronologicznie, muszą być owocem długotrwałej wewnętrznej pracy. Wyczucie, powietrzność, lekkość uwodzą od pierwszych zdań, osiem historii opowiada się niezobowiązująco, swobodnie, ta proza, przez całe swoje niedokończenie, zawadiacka, przekrzywiona na bakier, przechadza się po amerykańskich miastach w krótkim rękawku i pija kawę gdzie indziej.

Lepiej opowiadań nie streszczać, sprawi to mylne wrażenie: że zz packer tyka się mozolnie tematów segregacji rasowej (bo tyka), że spogląda na amerykańskie społeczeństwo oczami czarnego (bo spogląda: narratorem we wszystkich ośmiu opowiadaniach jest młody Afroamerykanin bądź Afroamerykanka), że kościół (bo pastorzy, śpiew, wilgotne dłonie zaciśnięte w modlitwie), że kobiecość (bo kobiety). Tymczasem bohaterem zz packer jest bezpretensjonalny styl, ten nowy realizm w literaturze, który z opisu i charakterystyki poszedł w skojarzenia, w narracyjne zamyślenie: od jednej strony do drugiej szumi wiatr we włosach. Niby lekkie? Niby czytadło? W tytułowym opowiadaniu pijąc kawę gdzie indziej bohaterka poznaje studentkę z kursu literatury współczesnej, Heidi, od słowa do papierosa zostają dziewczynami, znajdują pracę w stołówce. Kiedy Heidi ginie matka, dziewczyna mówi po prostu: po rozwodzie kupiła samochód, okropny, jak zgnieciona puszka, na złość wrzucałam pestki melona na podłogę i pamiętam, jak po miesiącu zobaczyłam ten wyrastający kiełek. Proste? Proste, codzienne i żeby jeszcze dorzucić przymiotników na ten stragan: świeże, fantastyczne, godne polecenia. Zapraszam do lektury.

zz packer, pijąc kawę gdzie indziej, WAB, 2007

Autor zarzeka i klnie się, że hagiografią książka nie jest: a jednak unosi się nad tekstem zapach kadzidła, co moment procesja przyklęka i biczem po plecach trzaska, co moment z chóru podnoszą się pienia oburzonych, w bocznych nawach wzdychają roztropne dziewice, a diabeł oblizuje słony kciuk zanurzony w chrzcielnicy. Przy ołtarzu celebruje, w czarnych dyskretnych ornatach, Artur Domosławski, Syn rozlicza Ojca, Syn Ojca oczywiście wielbi, Syn Ojca przyjacielem, przyjacielem Syna Ojciec, ale Syn Ojca w czarną mszę wpędza, krzyżem zawieszonym jak fortuny kołem kręci, Syn Ojca nienawidzi, nożem kaleczy i, pijąc mu z oczu prawdę, kocha: w morderczym pocałunku, w niewidzialnym uścisku, tak trwają w akapicie. Z nich zaś największa jest zawiść. Hagiografia? Artur Domosławski uprawia ten szczególny rodzaj hagiografii, jakim obarcza się w procesie beatyfikacyjnym adwokata diabła: ksiądz, co w imię prawdy bronić ma przeciwnej sprawy, Artur do sprawy podchodzi poważnie, biografia roi się od przypisów, dobra połowa tekstu to cytaty in extenso, dokument to wewnątrzkościelny, momentami więc zatęchły, opasły, pedantyczny.

Godlewski powiada, że książka za lat wiele obroni się sama: nic bardziej błędnego. Brak w biografii świeżości kogoś, kto Kapuścińskiego w miarę pisania poznaje. Domosławski Kapuścińskiego co najwyżej rewiduje, lustruje, rewaloryzuje: nie najlepszy punkt wyjścia dla czytelnika, który za lat pięćdziesiąt o Kapuścińskim za grosz nie będzie miał pojęcia. Michał Sutowski widzi empatię, znowu błąd: to udręczony Domosławskiego duch wyje pod jarzmem Ryszarda, pod jarzmem sprzeczności Ryszarda sam w sprzeczności potężne, emocjonalne popada. Maja Herzog wspomina o „niekoniecznie tautologicznej precyzji” w literaturze: wyrażenie to starcza na miesiące przepastnych analiz (tautologiczna precyzja w literaturze to tautologiczna precyzja w literaturze). Ewa van den Bergen firmuje swoim nazwiskiem całkiem sympatyczną, rzeczową analizę tych paru szczegółów, na jakich skupia się uwaga prasy: warte przeczytania.

Swoją drogą: Domosławski położył podwaliny pod literaturoznawstwo polskie, bo dzięki Non-fiction kilka osób zdało sobie sprawę, że życie to nie to samo, co proza.

Czy naprawdę książka wymagała gazetowego glosariusza? Jak mało która – w końcu pozostawiono nam dostęp do wielu materiałów źródłowych – pozwala wyczyniać wiele, szaleć na interpretacje, zostawia miejsce na myślenie o Ryszardzie Kapuścińskim w iluś tam wcieleniach, treść należy do publiczności. Treść należy do nas! Do nas: rozgrywki o ustalenie raz na zawsze, jakim był Ryszard, zostawmy Przyjaciołom, Strażnikom Pamięci, Demistyfikatorom, Wielbicielom Prawdy, ja w tej biografii wolę czytać rzeczy, czytać ludzi pisanych od małej litery.

Artur Domosławski, Kapuściński non-fiction, Świat Książki, 2010

Pensjonat, Piotr Paziński

3 kwietnia 2010

Zresztą tytuł pasuje jak ulał. Gdzie czytać tę szarą broszurkę na sto trzydzieści stron, jak nie w pensjonacie z popielatymi zasłonami i widokiem na poobiedni deszcz: to książka pensjonarska, zatęchła stylistycznie, źle poprowadzone dialogi między starzejącymi się Żydami w podwarszawskim domu wczasowym przerywa dzwonienie łyżeczki w szklance. Wypłowiałe fotografie.

Do podwarszawskiego żydowskiego pensjonatu wraca, w pierwszej osobie liczby pojedynczej, trzydziestokilkuletni narrator: wraca do wczasów, które spędzał tam z babcią jako dziecko. Wraca do panów Leonów i Abramów, do landrynek doktora Kahna i systematycznych wypraw na wydmy, wraca delikatnie, a ta delikatność ma uzasadniać sentymentalną filozofię, wraca, jak się pewnie narratorowi wydaje, pracując nad pamięcią i tożsamością, wraca z gustem. Zmanierowana fabuła, zmanierowany fabularz, zmanierowany koń. Pan słodzi dwie kostki, sensacja.

Nie byłaby warta wspomnienia, gdyby nie Paszport Polityki: podobnie jak wcześniej wspomniane przeze mnie Balzakiana to książka z dobrego domu, dumna ze swoich genealogii, ale, w przeciwieństwie do dzieła Dehnela, zatęchła. Wszystkie te egzystencje, skądinąd ciekawe, kisną w pensjonarskim Pensjonacie: trzeba im powietrza.

Piotr Paziński, Pensjonat, Wydawnictwo Nisza, 2009

Prosto z krainy Mozambiku przychodzi książka lunatyczna, z lekka oniryczna, jeszcze w wyciągniętych językowych piżamach, zaspana, łypie na czytelnika podkrążonym, nieobecnym okiem: przez lata ckniły się temu krajowi: wojna, rodziny na sznurkach dróg, zapomnienie i kałuża krwi, wsiąkająca w ziemię. Powtarzały koszmary.

Punkt wyjścia prościutki, jak na symboliczną, barokową, o ile barok bywa czarny, ropny, padlinożerny, powieść: stary, Tuahir, i młody, Muidinga, idą po drodze. Chowają się w zwęglonym autobusie, w środku grzechocze pełno trupów, szperają za żarciem, przekomarzają, nie wiadomo zresztą skąd się na świecie we dwóch, razem, a nie osobno, wzięli. Ani ojciec, ani syn. W autobusie Muidinga znajduje nienaruszone przez ogień zeszyty, napisane przez, jak się okazuje, chłopaka w jego wieku, Kindzu, zaczyna wieczorem czytać na głos: od tej chwili powieść rozwidla się na metaforyczne, gęste od rodziny, poszukiwań, oceanu (matki wszelkich mitów) losy Kindzu i losy krążących wkoło wokół Tuahira z Muidingą. Na oceanie gruby kożuch soli. Muidinga z Tuahirem. Tuahir z Muidingą, koza zerwała się z postronka albo zeżarły hieny.

Zgwałcona ziemia. Lunatyczna kraina jest książką gęstą, snem, w którym niczym w soczewce ma przejrzeć się koszmar Mozambiku i nadzieja na wspólność, na wspólnotę, na tożsamość, na miłość, kobiety, ojciec pijak i nieobecniś, nastoletni syn, wojna: odwieczne głody. W tym problem: Lunatyczna kraina jest snem gęstym, bolesnym, jest hard, wycisnąć ma głębokie z czytelnika soki, poszarpać dzikimi głodami, ale jednocześnie: jest soft. Wybitnie soft. Zbyt soft. Kuchnia fusion dla zachodniego czytelnika, odpowiednia dawka poczucia winy, nie za dużo kombinowania głową.  Równoległe fabuły i księżycowa poezja, w zasadzie przyjemnie się czytało, a teraz pod kołdrę.

Dokłada się do ogólnego wrażenia polski bohater książki, tłumaczenie Michała Lipszyca. Na pewno świetne, melodyczne, słowa na swoich miejscach, ale to, co medialną uwagę przyciągnęło, splecione sylaby, wcale tak fantastyczne nie jest: na pewno przednia to zabawa dla tłumacza, inaczej, świeżo pozwala spojrzeć na edytorską stronę powieści (co najmniej dwa razy pytałem siebie: aby to literówka czy taki frazeologiczny karambol?). A jednak: słowotwory to hermetyczna zabawa (ryzykowna już w pierwszym języku, co dopiero tłumaczenie), zdaje się, że odrobinę chybiona, w powieści wielkiej roli nie odegrają, wiele gadania, a efekt artystyczny tłumaczenia neologizmów z pogranicza ciekawostki. Na dodatek nie wiadomo, jak to się ma do mozambijskiego portugalskiego, na jakich rejestrach gra oryginał, bo u nas w rezultacie: trochę poezji w misce zostało, kto chce, może pochłeptać.

P.S. Nie mam w zwyczaju komentowania innych recenzji, ale Krzysztof Cieślik w króciutkiej recenzji w Polityce daje czadu. Tysiąc sześćset znaków: mało kto, nawet kobiety, jest w stanie przy takiej ilości tekstu doprowadzić mnie do szału. Cieślik daje rade. Cieślik pisze: Lunatyczna kraina „odzwierciedla bowiem rodzaj umysłowości nieskażonej racjonalnością Zachodu”. Skąd Cieślik czerpie takie rewelacje? Skąd Cieślik wie, że odzwierciedla? Gdzie Cieślik wykopał – musi to być doprawdy dziewiętnastowieczny kanon – podział umysłowości na te racjonalne i te pierwotne? Gdzie, że tak złośliwie zauważę, Cieślik sytuuje sam siebie? Problem niewąski. Dalej: ” To powieść bardziej afrykańska od dzieł rdzennego Kongijczyka Alaina Mabanckou, mimo że Coutu jest przecież potomkiem białych kolonistów.”  Cieślik wyobraża sobie, że istnieje coś takiego jak afrykańskość literatury (podobnie jak, zapewne, polskość, niemieckość i azjatyckość); dotychczas przekonany był, że im ciemniejsza skóra autora, im dłuższą ma genealogię na kontynencie, tym bardziej afrykański będzie utwór. Może to dobrze, że tylko tysiąc sześćset znaków, i tak dyszę ciężko: help!

Mia Cauto, Lunatyczna kraina, Karakter, 2010