World Cup Wishes „Spiski” Wojciecha Kuczoka chwalone są tu i ówdzie, może słusznie. Niestety, jeśli ktoś dziecięciem będąc w Pilchowej zasmakował gadce, to na starość nie zachwyci się pisarzem, który Jerzemu Pilchowi zagląda przez ramię i ściąga na potęgę, zastępując jeno Wisłę Tatrami, matczyną traumę traumą ojcowską oraz dowalając gorolską gwarę i narracyjne wyskoki, które wynudzają setnie. Kto chce jeszcze czytać o czarownicach, dziewkach i niedźwiedziej chuci? No kto?

Kolejne rozdziały „Spisków”, za wyjątkiem ostatniego, przenoszą nas w tatrzańskie rejony w czteroletnich odstępach, co dla każdego prawdziwego kibica jest podstawową miarą czasu. Jeśli więc o „Spiskach” wspominam, to właśnie ze względu na inną powieść, która piłką stoi.

Patent z mundialową konstrukcją zastosował izraelski pisarz Eshkol Nevo w swojej drugiej powieści, którą miałem okazję przeczytać in English. Bohaterowie to czwórka młodych przyjaciół mieszkających w Tel-Awiwie: Ofir, pracownik agencji reklamowej, który w towarzystwie kumpli popada w kanapowy sentymentalizm i powtarza niczym mantrę „Jak to dobrze, że mamy siebie”, Amichai, akwizytor przedsiębiorstwa Telemed i groteskowy nudziarz, Chruchill, prawnik ze świetnie zapowiadającą się karierą oraz narrator, zagubiony w życiu, uroczy Yuval. Brzmi jak wstęp do serialu, ale serialem okazuje się nad wyraz udanym.

Chłopacy spisują podczas mistrzostw życzenia, które mają odczytać cztery lata później: cała książka na czwórce stoi, jest poplątaną historią nie tylko czterech chłopaków, ale również ich czterech życzeń, rzecz trwa zaś, jako się rzekło, cztery lata. Nie sposób streścić anegdot i romansów, od których powieść wprost kipi, narracja ani na moment nie ociąga się, nie grzęźnie na psychoanalitycznych bagnach. Ogólna tonacja – paczka trzydziestoletnich przyjaciół, których po raz pierwszy poważnie doświadcza życie i którzy mimo wszystko walczą o przyjaźń, o bliskość, obecny w tle, we wspomnieniach z wojska, w sączącej się przez radio przemocy, współczesny Izrael, słodko-gorzki realizm opowieści, w końcu zamiłowanie do detalu i swoboda gadania, wszystko to przywodzi na myśl opowiadania, te lepsze, Etgara Kereta.

Urzeka swobodne podejście do materii, które może być świetną odtrutką na Kuczokowskie spięcie i wysilony śmiech: dowodem fragment niedokończonego doktoratu Yuvala na temat przełomu w myśleniu Wittgensteina. Yuval rozważa tam możliwe przyczyny i okoliczności owego przełomu, po czym proponuje rozwiązanie, które pozwolę sobie zacytować w całości (będzie po angielsku). Od sportu zaczęliśmy i na sporcie się skończy:

Was it, as is customarily believed, a slow, gradual metamorphosis that led to this sharp shift in Wittgenstein’s thought? Or was there a particular moment in which he clutched his forehead and said: Grösser Gutt! (good God!)? Did this change of mind occur while he was building his sister’s house in Vienna, or did it happen during one of the lessons he gave as a not very popular grade school teacher in an Austrian village? Or perhaps the insight came to him while he was watching one of the ballgames he so loved to use as metaphors in elucidating his ideas? I picture him sitting in Wimbledon Stadium in 1934, watching that year’s championship game between Fred Perry and John Crawford. The spectators’ heads move from side to side, following the yellow ball from side to side, from side to side. When suddenly one head stops moving: Wittgenstein realizes that he has made a mistake.

Eshkol Nevo, World Cup Wishes, Chatto & Windus, 2010

Powieść nasunęła mi refleksję na temat moich Empikowych zakupów: doświadczenie uczy, że nie mam co zerkać łakomie na stosy bestsellerów, a po tym, jak odnalazłem miesięcznik „Lampa” w dziale „Dekoracje – Wnętrza” ostatecznie straciłem dziewicze złudzenia i od wejścia walę prosto do najbardziej zakurzonych, najmniej uczęszczanych rejonów. Nie żebym coś osobiście przeciwko Kalicińskiej miał, po prostu taka literacka karma, ale – tutaj wkracza Good Night Dżerzi – zdarzają się wyjątki. Powieść Dżanusa Głowackiego daje mi to komfortowe poczucie, że coś mi się podoba i to coś wyjątkowo dobrze się sprzedaje (drugie miejsce na liście bestsellerów Empiku).

Dżanusa? To nie pomyłka: książkę napisał Dżanus Głowacki. Good Night Dżerzi pachnie bowiem po amerykańsku – poczynając od tego, że rzecz dzieje się w Nowym Jorku, w nowojorskich klubach, loftach, kinach porno, w żółtych taksówkach i przy zastawionych filiżankami stołach, pachnie nowojorskim potem, ocieka spermą i – rzecz nieuchronna przy takim natężeniu sławy – łzami o smaku kwasu barbiturowego. To w Nowym Jorku mieszka bon vivant i intelektualista Dżanus, alter ego autora, zatrudniony do napisania scenariusza o Dżerzim – czyli Jerzym Kosińskim.

Kto jak kto, ale Jerzy Kosiński był bardzo nowojorski, z rozbuchanym życiem erotycznym, prężący się ze szpicrutą na okładce „New York Times Magazine”, wyposażony w odpowiednio drastyczną i odpowiednio podkoloryzowaną przeszłość. Szpaner. Prowokator mianowany na literackiego geniusza. Dżerzi szastający sobą na prawo i lewo. Książka jest wielogłosem na temat Kosińskiego – jak kłamstwa oraz krucha, a od sławetnego artykułu w „Village Voice” waląca się legenda pożarły go bez reszty. Na temat Nowego Jorku – targowiska dusz. Maszy – rosyjskiej dziewczyny, wciągniętej przez Kosińskiego w brudną grę.

Napisana bez oglądania się na chronologiczne konwencje (na narrację składają się fragmenty scenariusza, rozmowy przy winie, sny, retrospekcje), poprowadzona zgrabnie, jest Good night Dżerzi opowieścią światowca: nie taką, do jakich przyzwyczaili nas polscy gawędziarze ze szkoły Pilcha, ale kosmopolityczną, pikantną i nie tyle zabawną – co ironiczną. O Kosińskim dowiemy się wiele, ale wszystkiego w trybie przypuszczającym (jak powie jeden z bohaterów, „im dalej od prawdy, tym bliżej do Dżerziego”). Lektura to świetna, idealnie pasująca do lotniskowych holi albo wielkomiejskich kawiarni, a kiedy, zamknąwszy książkę, będziemy zasypiać w przedziale pociągu Kraków-Warszawa, pożegna nas niebieski neon na okładce: Good night Dżerzi.

 

Janusz Głowacki, Good night Dżerzi, Świat Książki, 2010

Dzisiaj narysujemy śmierć, Wojciech TochmanWojciech Tochman to ikona polskiego reportażu dramatycznego, spisywał już wstrząsające historie polskie, spisywał wojenne bośniackie, teraz wybrał się do serca południowego kontynentu po opowieści z rwandyjskiego ludobójstwa. Wzorem poprzednich książek i tutaj Tochman udziela głosu bohaterom: sędziemu przewodniczącemu procesom o gwałty. Leonardowi, młodemu chłopakowi, który stracił w 1994 roku całą rodzinę i radzić sobie musi osierocony, bez miejsca, które pokazałby palcem: dom i kobiety, do której zawołałby: mamo. Pozwala mówić wówczas zgwałconej, a teraz schorowanej kobiecie, która wśród dzisiejszych sąsiadów rozpozna tamtych z niekończących się godzin.

Recenzować ludobójstwo – trudno. Trudno czytelnikowi poruszać się po kartce, która niczym rwandyjski krajobraz usiana jest trupami, gdzie po kątach każdego akapitu siedzą skulone kobiety, a co druga kropka wpatruje się niemo w czytelnika wzrokiem niechcianego dziecka. Trudno powiedzieć o takiej książce, że to książka zła. Książka słaba.

Tym bardziej, że „Dzisiaj narysujemy śmierć” złą książką po prostu nie jest. Tkwi w niej jednak bardziej frapujący feler: Tochman uprawia dziennikarstwo interwencyjne rodem ze „Sprawy dla reportera”. Wybiera drastyczny temat – ludobójstwo, przyjeżdża na miejsce – Rwanda, rozdaje role dobrym i złym – nie sposób czytelnikowi uniknąć słusznych wstrząsu i oburzenia, jeśli się czytelnik nie oburza i nim nie wstrząsa, to znaczy, że z nim, czytelnikiem, coś jest nie tak. Nawet najwięksi entuzjaści Tochmana przyznać muszą, że jego książki nie są owocem wieloletniej fascynacji jakimś regionem, krajem, miejscem, nie ma w nich nudy, daremnych poszukiwań, nieuchronnych, przy takich podróżach, przestojów, nie ma cierpliwego odkrywania bliźniego, czyli tego wszystkiego, co dla mnie może stanowić o sile reportażu. Skupienia na tym, co szczególne i miejscowe. Co przeciwstawia reportaż innym formom, jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi, poznawania.

Tochman nie pozwolił mi zrozumieć Rwandy z 1994 roku – podsumował wyniesioną z kilku artykułów wiedzę. Opowiedział mocne rzeczy, dźwięk maczety rozłupującej czaszkę przyrównał do odgłosu ścinanej kapusty. Podczas lektury miałem niesmaczne wrażenie, że autor, zamiast cierpliwie prowadzić mnie po rwandyjskich ścieżkach, wciąga mnie w emocjonalną i moralną pornografię. Mocniej, okrutniej, obrzydliwiej, więcej łez – i to następujące wrażenie pustki, jałowości.