PPDA

6 stycznia 2011

PPDAPod tajemniczym skrótem kryje się Patrick Poivre d’Arvor – czyli Patryk Pieprz z Arvor, francuski prezenter telewizyjny, dziennikarz oraz pisarz – chociaż te dwa ostatnie zatrudnienia powinienem opatrzyć wymownymi cudzysłowami.

Spośród blamaży, z których Patryk wychodził nietknięty, warto wspomnieć „wywiad” z Fidelem Castro z 1991 roku, w którym wypowiedzi kubańskiego przywódcy z konferencji prasowej zostały zmontowane z nagranymi później pytaniami dziennikarza. PPDA tłumaczył się później, że tylko głupiec mógł pomyśleć, że z Castro dało się przeprowadzić wówczas rzetelny wywiad. Potem, że wystąpiły problemy, że montażysta nawalił, a tak w ogóle on, Patryk Pieprz z Arvor, przeprowadził długaśną rozmowę z Castro w tamtym właśnie okresie, ot co.

Cóż to wszystko ma do literatury? Ma całkiem sporo, bo obok swoich rozlicznych telewizyjnych zatrudnień i spraw sądowych znalazł Poivre d’Arvor czas na napisanie niemal sześćdziesięciu książek w ciągu ostatnich dekad: jakkolwiek większość Francuzów kojarzy go z wieczornym wydaniem dziennika na jedynce i kukiełką, która prowadzi słynne Giniole, to jako pisarz dopracował się paru nominacji do słusznych nagród.  Póki PPDA pisał o kochankach, żonach and company, rzecz nie budziła nadmiernych emocji, ale teraz, kiedy na pięćdziesiątą rocznicę śmierci Ernesta Hemingwaya przygotował Francuzom biografię amerykańskiego big rajtera, szykuje się prawdziwy hit.

Otóż, jak donosi „L’Express”, w książce Patryka, która na rynku ma ukazać się 19 stycznia, ponad 100 stron zostało przepisanych z innej biografii pisarza, autorstwa niejakiego Petera Griffina, opublikowanej w Stanach Zjednoczonych w 1985 roku, natomiast we Francji w roku 1989. Co więcej, biedny d’Arvor, nie narzekający zapewne na nadmiar wolnego czasu, zerżnął od Griffina całą strukturę dzieła: ten smutny, niezaprzeczalny i ilustrowany przykładami w „L’Express” plagiat doczekał się komentarza autora, któremu pogratulować należy i bezczelności, i głupoty: „pracowałem nad książką półtora roku i za uwłaczające uważam te podejrzenia”.

D’Arvor jest telewizyjnym bubkiem i nietrudno się domyślić, że niektórzy krytycy ostrzą sobie na niego zęby od dawna: może jego siła polega właśnie na żenadzie i bezczelności. Niemniej burzy się krew – oto Griffin, który wykonał rzetelną akademicką robotę, lata życia poświęcił na niepokojenie archiwów w całych Stanach, dotarł do świadków młodości Hemingwaya, w końcu umarł – jakby tego było mało, po śmierci zostaje wykorzystany przez chciwego faceta. Jeszcze żeby się PPDA do tego Griffina przyznał, ale nie ma go nawet w bibliografii.

PPDA zamierza wciskać kit ludziom w ilości co najmniej dwudziestu tysięcy egzemplarzy – jak podaje gazeta, tyle wynosi pierwszy nakład. Wysoce prawdopodobne zresztą, że PPDA książki nie napisał, ale zlecił ją jakiemuś nierzetelnemu ghost rajterowi.

Katastrofa PPDA przypomina mi inną. W zagranicznym wydawnictwie, którego nazwę przemilczę, miałem do czynienia z „gotowym do druku” przeglądowym albumem malarstwa. Autorka tekstów skopiowała niemal całość swoich refleksji z Wikipedii, nie posługiwała się jednak komputerem zbyt sprawnie: w pliku doc zdołała zmienić całość tekstu na ortodoksyjne Times New Roman 12 bez podkreśleń, hiperlinki jednakpozostały. Jaki z tego wniosek? Lepiej kupować książki, które zostały napisane, nie zaś wyprodukowane.

Sympatycznej tej książce należy się jedno ostrzeżenie: nie przejmować się pierwszymi pięćdziesięcioma stronami, usiąść spokojnie i czekać, aż na językowych drożdżach wyrośnie nam sympatia do rodziny z wałbrzyskiego blokowiska, tytułowej Piaskowej góry. Czekać, aż dojrzeje nam w oczach to fabularne – niby domowe, ale przyrządzone z zmieszanych inaczej składników – ciasto.

Historia rodzinna, historia dorastania, feministyczna gawęda, w końcu społeczny portet PRL z pralką Franią w tle – wiele nazw można opowieści o babce Zofii, małżeństwie Jadzi z górnikiem Stefanem i dojrzewaniu ich córki Dominiki nadać, koniec końców pozostanie to, do czego przyznaje się autorka na czwartej stronie okładki: zwyczajna opowieść przepuszczona przez język, który – jeśli uciekniemy się do porównania – będzie miał coś z lekkiej Magdaleny Tulli, z wczesnej Olgi Tokarczuk, choć o silnym zapachu betonu i kobiety.

Jest to książka rozerotyzowana – rozerotyzowana z kobiecej perspektywy, gdyż to kobiety prowadzą książkę Joanny Bator do przodu, to one, z początku zahukane, zmarginalizowane, w miarę życia nabierają do niego wprawy, umacniają się i w swoich fantazjach, i w swoich potrzebach, a mężczyźni – wystarczy wspomnieć kurczącego się Stefana, ojca Dominiki – mężczyźni gasną, w miarę życia impet tracą, popadają w nałogi, jakby apogeum ich biograficzne przypadało gdzieś na późną młodość, a potem tylko kanapa w dużym pokoju podpierana butelką, zakreślają więc parabolę znaną w literaturze od czasów Zoli.

„Piaskowa Góra” jest bardziej z dziedziny réel, niż réalité, nie mówi o tym, co rzeczywiste – wyrażalne w słowach, do powiedzenia, przedyskutowania i, w razie czego, do poważenia, ale tym, co realne –  jak śmierć, narodziny, dotyk, zapach, wata zalana krwią, odór lizolu, zaschłe od moczu spodnie, pożądanie, czyli o tym, czemu zaprzeczyć się nie da, z czym dyskutować można, ale nie ma to sensu. To pociąga za sobą dwie konsekwencje: po pierwsze, powieść uruchomiła we mnie lawinę wyraźniejszych niż w innych przypadkach wyobrażeń, od koloru firanki po zapach obiadu, wydobyła wspomnienia z blokowisk – trzepaka, dziewczynek w ciuchach koloru gumy do żucia, szkoły z płyty.

Po drugie, ta inwazja realnego na Piaskowej Górze wypiera to, co rzeczywiste, nie ma u Bator miejsca na moralne (w najszerszym tego słowa znaczeniu) ani intelektualne rozterki, bohaterowie Bator nie myślą. No nie myślą, nie zastanawiają się, ale ulegają impulsom krwi – nawet jeśli podejmują tak ambitne zadania, jak Dominika, kiedy poszukuje korzeni swojej rodziny i dowiaduje się, że jej matka w połowie jest Żydówką. Jest to książka, nawet jeśli momentami senna, niegwałtowna, rozrobiona przez wojenne retrospekcje, to zagotowana na emocjach, na nich zaś język Bator rośnie, pączkuje, kiśnie. Na tle polskiego krajobrazu, w hałdach i pośród wałbrzyskich bloków powojnia książka prezentuje się nieźle i może powiedzieć o sobie: jestem poczytna.