Zabrzmi to niesmacznie, ale do Pol Pota mam szczęście. Niesmacznie, no bo przecież mowa o reżymie, którego surrealistyczne okrucieństwa mogą wywołać fascynację u nastolatka – choćby rzekomy plan eksterminacji osobników w okularach; moje nostalgiczne minus cztery dioptrie doprowadziłyby mnie w Kambodży, jak sądziłem, przed egzekucyjny pluton. Niemniej nie będę się wypierał, mam do Pol Pota szczęście, bo trafiam na – nie pierwszą, ale na pewno najlepszą – o nim książkę, która uzdrawia z fantazmatów na temat tego, co wydarzyło się w Kambodży w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.

Pol Pot jest świetnym materiałem do chorej fascynacji: student Sorbony, a później komunistyczny partyzant, stworzył trzydzieści pięć lat temu w Kambodży autarkiczne państwo, którego ekscesy były w swoim rozmachu, by tak rzec, monumentalne. Ludobójstwo, wypędzenie ludzi z miast, metodyczne tortury w obozie S-21, w końcu niespotykany w świecie komunistycznych dyktatur bezosobowy charakter terroru; wszystko to składało się, w skrócie, na mój obraz reżymu Brata Numer Jeden. I wszystko to powoli, cierpliwie, Idling podważył, skomplikował; ludobójstwo okazało się nie być takie metodyczne; okulary nie takie śmiercionośne; i zamiast traktować Pol Pota jako monstrum w gabinecie totalitarnych osobliwości, Kambodżę rzeczywiście – przynajmniej takie wrażenie dała mi książka – poczułem.

Jak się Idlingowi udało? Może wieloletnia obecność w Kambodży, w toku której po trochu budowała się jego wiedza o tamtym okresie, może to, że w podobnie cząstkowy, rozproszony sposób prowadzi on narrację, po trochu, dzieląc ją na opowieść o życiu Pol Pota, opowieści przypadkowo spotkanych Kambodżan, że nie waha się zapuścić w ślepą narracyjną uliczkę, dając nam wrażenie poszukiwania. Idzie. Czasem bez skutku. Może idzie zresztą o coś innego. Może o to, że osią książki jest historia szwedzkiej delegacji lewicowych aktywistów do Kambodży. Odwiedzili kraj w apogeum trwania reżymu i niczego niepokojącego nie dostrzegli: Idling zadaje sobie pytanie: jak to możliwe? Co myślą o tym teraz? Odwiedza ich. Pyta. Budzi się jednocześnie w czytelniku słuszna nieufność wobec własnych przekonań.

Idling nie szafuje ani stylem, ani okrucieństwem, krwi jest i tak – jeśli zastanowić się nad możliwościami, które temat oferuje – niewiele, podobnie jak niewiele patosu. Książka nie jest napisana w tonie oznajmującym, ale waha się i kluczy. Myśli Idlinga, chociaż w tekście obecne, myślą się w czasie książki, są niedokończone, niedoskonałe, wyrabiają się w trakcie pisania: dzięki dialogowi, który toczy się wewnątrz tekstu, szwedzki reporter napisał reportaż dla mnie wzorcowy, zbudowany na wieloletniej znajomości i zainteresowaniu tematem, który traktując o rzeczach tak zapalnych, w żadną z pułapek nie wpadł.

Peter Fröberg Idling, Uśmiech Pol Pota, Czarne, 2011

P.S. Mottem książki jest enigmatyczny cytat z wiersza Larsa Michaela Raattamaa’y: „zapewniam was, to pradwa”. Jak wyjaśnia tłumacz Mariusz Kalinowski nie chodzi o – jak można by było pomyśleć w pierwszym odruchu – monstrualną literówkę, ale o literówkę zamierzoną. Motto zapowiada nieoczywisty charakter reportażu – zapewniam was, to pradwa.