Majakowski, Bengt Jangfeldt

11 września 2011

tutaj jest Majakowski

Bengt Jangfeldt – tak jak obiecała mi informacja na okładce – napisał biografię monumentalną. Nie żeby stawiał wieszczowi spiżowy pomnik, wręcz przeciwnie, szwedzki pisarz jest nad wyraz konkretny i rzeczowy, a kiedy trzeba nie krępuje się poinformować nas o kłopotach poety z przedwczesnym wytryskiem. Nie wspomnę nawet o sercowych malaises czy kompromisach z radziecką władzą – w czasach kiedy jej intencje stawały się oczywiste nawet dla najbardziej nierozgarniętych ludzi pióra.

Przede wszystkim biografia ta napisana jest tak, że urąga wszelkim możliwym streszczeniom. Nanizane na chronologiczną nitkę wydarzenia z życia Majakowskiego przesuwają się przed oczyma czytelnika jeden za drugim, jak paciorki – z bliskiej perspektywy jednakowo istotny dla bohatera będzie zakup samochodu jak publikacja nowego poematu. Czy zresztą nie jest tak, że samochód potrafi prześcignąć najlepszy wiersz? Czy lepiej wziąć ostro zakręt czy tomik do ręki? Dlatego radzę czytać książkę dużymi odcinkami, po sto lub więcej stron, dopiero wtedy układają się w sensowny wzór; zasługą Jangfeldta jest to, że przedstawił życie poety w stanie surowym – pomimo iż od kilkudziesięciu lat uchodzi za autorytet w majakologii nie narzucił własnych interpretacji.

Dzięki tej formie mogłem odnieść mylne, ale jakże przyjemne wrażenie, że dokonuję samodzielnie odkryć dotyczących Majakowskiego, z których – a co tam – na zachętę podzielę się dwoma. Po pierwsze, zdumiało mnie do jakiego stopnia Majakowski był artystą estrady. To rasowy frontman socjalizmu. Nieustannie w poetyckiej trasie, między fabryką a uniwersyteckim odczytem, działał na czytelników i czytelniczki barczystą sylwetką, głosem. Imponował celnością, z którą trafiały złośliwe riposty. Jeśli kogoś najdzie ochota na prowadzenie podobnej buchalterii, może policzyć ile razy w biografii mowa o olśnieniu Majakowskim po przeczytaniu jego utworów, a ile razy po ich wysłuchaniu – zapewniam, że słuchacze przeważają ilościowo nad czytaczami co najmniej kilkukrotnie. Zdaje się, że o czytelnikach poety należy mówić ostrożnie; Majakowski miał widzów i wielbicieli.

Po drugie – co wynika z pierwszego – przy całym swym geniuszu Majakowski cierpiał na wszystkie wady artysty scenicznego. Jeśli kogoś zniesmaczyła wzmianka o przedwczesnym wytrysku poety, to spieszę dodać – Wołodia był sprinterem we wszystkich dziedzinach, żądał natychmiastowego zysku. Poezję chciał konsumować na pniu, jeszcze gorącą. Dla kogoś tak uzależnionego od odbiorcy dobre układy z władzą były koniecznością, jemu trzeba było przychylnego widza i możliwości występów, jemu szuflada nie mogła być mieszkaniem. Tak oto został lirycznym ptakiem tokującym o rewolucyjnej miłości – bo na tym zasadza się najlepsza część jego dzieł – trzymanym przez Kreml na postronku.

Liryczny ptak Majakowski nie był poetą ludowym. Nie chodzi o to, że hermetyczny, że pozwalał sobie awangardowe chwyty – wstyd o twórczości wypowiadać się przy pomocy tak sumarycznych określeń – ale w ogóle o futurystów w ojczyźnie proletariatu. Pomijam ich obyczajowe eksperymenty, słabość do burżuazji, wzdychanie w stronę Paryża. To bagatele. Nie czarujmy się, zamiast ludu o losie artysty i wysokości nakładów decydowały iście bizantyjskie intrygi i znajomości wśród dygnitarzy. Słówko skreślone na marginesie przez Lenina wynosiło jednych w przestworza pierwszych stron gazet, innych spychało w dział nekrologów. To była twórczość prawdziwie dworska – niezależenie od tego czy była, czy nie była popularna.

Książka jest więc zapisem klęski genialnego liryzmu w starciu z dyktaturą. Przede wszystkim wyciągnąć z niej można różne wnioski co do życia tragicznego Wołodii, do czego serdecznie zapraszam.

Bengt Jangfeldt, Majakowski, W.A.B.

P.S. Bengt Jangfeldt to drugi w ostatnich tygodniach skandynawski autor, którego książkę po przeczytaniu umieszczam na najwyższej półce – a przyznam się, że nigdy wielką miłością do nordyckiej literatury non-fiction nie pałałem i z racji wykształcenia spoglądam raczej z polskiej żerdzi na dół, ku Morzu Śródziemnemu. Muszę oddać jej sprawiedliwość i się ze Skandynawią przeprosić.

Zabrzmi to niesmacznie, ale do Pol Pota mam szczęście. Niesmacznie, no bo przecież mowa o reżymie, którego surrealistyczne okrucieństwa mogą wywołać fascynację u nastolatka – choćby rzekomy plan eksterminacji osobników w okularach; moje nostalgiczne minus cztery dioptrie doprowadziłyby mnie w Kambodży, jak sądziłem, przed egzekucyjny pluton. Niemniej nie będę się wypierał, mam do Pol Pota szczęście, bo trafiam na – nie pierwszą, ale na pewno najlepszą – o nim książkę, która uzdrawia z fantazmatów na temat tego, co wydarzyło się w Kambodży w drugiej połowie lat siedemdziesiątych.

Pol Pot jest świetnym materiałem do chorej fascynacji: student Sorbony, a później komunistyczny partyzant, stworzył trzydzieści pięć lat temu w Kambodży autarkiczne państwo, którego ekscesy były w swoim rozmachu, by tak rzec, monumentalne. Ludobójstwo, wypędzenie ludzi z miast, metodyczne tortury w obozie S-21, w końcu niespotykany w świecie komunistycznych dyktatur bezosobowy charakter terroru; wszystko to składało się, w skrócie, na mój obraz reżymu Brata Numer Jeden. I wszystko to powoli, cierpliwie, Idling podważył, skomplikował; ludobójstwo okazało się nie być takie metodyczne; okulary nie takie śmiercionośne; i zamiast traktować Pol Pota jako monstrum w gabinecie totalitarnych osobliwości, Kambodżę rzeczywiście – przynajmniej takie wrażenie dała mi książka – poczułem.

Jak się Idlingowi udało? Może wieloletnia obecność w Kambodży, w toku której po trochu budowała się jego wiedza o tamtym okresie, może to, że w podobnie cząstkowy, rozproszony sposób prowadzi on narrację, po trochu, dzieląc ją na opowieść o życiu Pol Pota, opowieści przypadkowo spotkanych Kambodżan, że nie waha się zapuścić w ślepą narracyjną uliczkę, dając nam wrażenie poszukiwania. Idzie. Czasem bez skutku. Może idzie zresztą o coś innego. Może o to, że osią książki jest historia szwedzkiej delegacji lewicowych aktywistów do Kambodży. Odwiedzili kraj w apogeum trwania reżymu i niczego niepokojącego nie dostrzegli: Idling zadaje sobie pytanie: jak to możliwe? Co myślą o tym teraz? Odwiedza ich. Pyta. Budzi się jednocześnie w czytelniku słuszna nieufność wobec własnych przekonań.

Idling nie szafuje ani stylem, ani okrucieństwem, krwi jest i tak – jeśli zastanowić się nad możliwościami, które temat oferuje – niewiele, podobnie jak niewiele patosu. Książka nie jest napisana w tonie oznajmującym, ale waha się i kluczy. Myśli Idlinga, chociaż w tekście obecne, myślą się w czasie książki, są niedokończone, niedoskonałe, wyrabiają się w trakcie pisania: dzięki dialogowi, który toczy się wewnątrz tekstu, szwedzki reporter napisał reportaż dla mnie wzorcowy, zbudowany na wieloletniej znajomości i zainteresowaniu tematem, który traktując o rzeczach tak zapalnych, w żadną z pułapek nie wpadł.

Peter Fröberg Idling, Uśmiech Pol Pota, Czarne, 2011

P.S. Mottem książki jest enigmatyczny cytat z wiersza Larsa Michaela Raattamaa’y: „zapewniam was, to pradwa”. Jak wyjaśnia tłumacz Mariusz Kalinowski nie chodzi o – jak można by było pomyśleć w pierwszym odruchu – monstrualną literówkę, ale o literówkę zamierzoną. Motto zapowiada nieoczywisty charakter reportażu – zapewniam was, to pradwa.

Taktownie, chłodnym językiem napisana autobiografia Michała Głowińskiego doczekała się recenzji, gdzie tam recenzji, laurów: Michał Głowiński to w końcu nie byle profesor. To badacz Leśmiana i Tuwima, to polonistyczna legenda, a o legendzie, która spowiada się z wojennych traum, homoseksualizmu, klaustrofobii i innych, wypada, jeśli pisać, to tylko pochwalnie. W zamian za lata, dekady wręcz, powściągliwości i milczenia, autor, odezwawszy się,  zbiera oklaski. Mędrzec dixit.

Głowiński, dziecko urodzone w żydowskiej rodzinie w 1934, ma o czym opowiadać. Przez pierwsze sto stron książki jego chronologiczna, skrupulatna narracja się broni, bo wysycona jest szczegółami: od przeprowadzki z Pruszkowa do getta, burzy nad Warszawą – tej meteorologicznej i tej innej, straszniejszej – podczas której młody Michał chowa się za szafą, po pobyt u sióstr w Turkowicach i lata wczesnoszkolnej edukacji (czytelnikom poszukującym sensacji ułatwiam zadanie: tam okrzyczane aveu Głowińskiego homoseksualisty). Kiedy jednak na warsztat bierze lata studenckie , to robi się nie tyle nieciekawie, co piramidalnie, monstrualnie wręcz nudno, ale nuda to szczególnego rodzaju, można rzec: nuda fascynująca. Głowiński jest jak krańcowa senność, o czwartej nad ranem, z bezsennością pożeniona, jego systematyczne, cycerońskie okresy, jego maniera są tak uciążliwe, że aż przykuwają.

Bo stronice, usiane pedantycznymi rozważaniami o początkach IBL-u czy charakterze takiej czy innej profesor, czytałem nie tylko jako zapis życia Głowińskiego, ale pisanie jego widzę jako symptom lęków i manii. Głowiński boi się ludzi? Podobnie zdania jego, lękliwe, niepewne literackiej mocy, kryją się ze sztampą. Głowiński niepewny siebie? I siebie skrywa za rozwlekłymi analizami Kongresu Polonistów czy zmian zaszłych wraz ze śmiercią Stalina. Głowiński wypierający swoją seksualność? Proza jego aseksualna, niezmysłowa, bezpłciowa.

Można więc potraktować autobiografię Głowińskiego jak zapiski szaleńca – chorego na szczególne, oszczędne szaleństwo. Chorego na neurozę. W tym stwierdzeniu – zapiski szaleńca – skrywam, czego pewno niełatwo się domyślić, szczery zachwyt. Jak to z zapisem szaleństwa, jest to dokument zarazem nudny, bo przebijać się trzeba przez jego nieuniknioną monotonię i obcość, ale i pouczający, bo jeśli w czymś Głowiński się odsłania, to właśnie najbardziej w stylu, kostycznym, chorym, którym stara się zasłonić swoją obcość, zredagować erratę albo sprostowanie do swojego życia.

 

Michał Głowiński, Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna, Wydawnictwo Literackie 2019

P.S. Jednym z objawów tej neurozy literackiej jest przeniesiona wprost z prac naukowych obsesja, żeby przypadkiem się nie powtarzać. Relacjonuje więc Głowiński najbardziej dramatyczne momenty z czasów okupacji, dochodzi do szmalcownika, który szantażował jego i matkę, całą rzecz konkludując w jednym zdaniu: o tym pisałem już gdzieś indziej. I tak raz po raz: to omówiłem już gdzieś indziej. To było gdzie indziej. Chciałbym sprostować. Chciałbym wyjaśnić.

O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości? Jeśli kogoś skusi piosenkowy tytuł i spodziewa się poduszkowej literatury do poczytania na głos (bo krótkie, i zanim ona albo on zasną, to miną te cztery strony), to spieszę wyprowadzić go z błędu. Szorstkie i czułe opowiadania, pisane przez byłego alkoholika, do czytania na głos się nie nadają, a na temat love talk Carver powie: „powinniśmy się wstydzić, kiedy mówimy tak, jakbyśmy wiedzieli o co chodzi, kiedy mówimy o miłości”.

Ten zbiór minimalistycznych opowiadań to jeden z kamieni milowych amerykańskiej literatury dwudziestego wieku: ledwie się to napisze, i już człowiek się zastanawia, czy można powiedzieć kamień milowy o książeczce liczącej sto ileś stron, złożonej z ciut melancholijnych, ciut wulgarnych, zgoła nieposągowych opowiadań – w dodatku zrobionych z ciszy? Bohaterowie Carvera to Ameryka niebieskich kołnierzyków i Ameryka blue melancholy – rodzinnych porachunków, awantur po alkoholu, nieprzespanej nocy przy chorym dziecku, drobnych sprzeczek przy kartach – codzienna na wskroś. W końcu: to Ameryka bez puenty, bo tak jak poranione i samotne są postaci, tak okaleczone – bez wstępu, bez kulminacji, bez witty ending – są opowiadania.

Jeśli podczas lektury prześladuje nas déjà vu, to nie dlatego, że opisywane sytuacje są tak prawdziwe – ileż razy mijaliśmy się z nimi obojętnie w książkach – ale ze względu na osławiony styl. Oszczędny, eliptyczny, oddaje to jakże znane wrażenie: niemożności przekazania siebie, niemożności komunikacji, niemożności, bo ponad proste – powiedział, wstała, popatrzyli, chodź – jak niewiele można powiedzieć, kiedy mówimy o miłości. Pierwsze opowiadanie w tomie kończy się tak:

„- Ten facet był w średnim wieku. Wszystkie rzeczy miał na podwórku. Naprawdę. Upiliśmy się i zaczęliśmy tańczyć. Na podjeździe. Naprawdę. O Boże. Tylko się nie śmiej. Puszczał nam płyty. Popatrz na ten gramofon. Dał go nam. I wszystkie te pieprzone płyty. Całe to gówno.

Mówiła. Powiedziała wszystkim. Było w tym coś więcej i próbowała to z siebie wyrzucić. Po jakimś czasie przestała próbować.”

To symptomatyczne: pierwsze opowiadanie zapowiada nam właśnie, że „przestała próbować” i nie będzie więcej „wyrzucania z siebie”. I nie ma.

Szczerze współczuję tłumaczowi Carvera – gnieść się z tekstem skondensowanym, który czerpie z melodii języka i jego codzienności, to istna męka. Począwszy od tytułu: What we talk about when we talk about love. Jest też ten zbiór pochwałą – pośrednią – niedocenianego zawodu redaktora. Niewdzięczny Eliott widział w nich – niepomny tego, co dla „Jałowej ziemi” zrobił Ezra Pound – failed writers, złorzeczyli na redaktorów niemal wszyscy wielcy. Tymczasem po odkryciu oryginalnych wersji opowiadań Raymonda Carvera okazało się, że jego przyjaciel, pisarz i redaktor Gordon Lish dokonał w nich drastycznych zmian oraz cięć: skrócił je, pozbawił intertekstualnych odniesień i puent. To Gordon jest współtwórcą minimalistycznego stylu, który stał się wizytówką Carvera na całym świecie, a jednocześnie zmorą i marzeniem wielu początkujących pisarzy: jak pisać tak, że less is more.

I może dlatego tak świetnie, świeżo i prawdziwie brzmi ta książka opisując relację między dwojgiem ludzi – bo sama jest owocem nieporozumień, walk i przyjaźni dwóch niezłych amerykańskich literatów?

 

Raymond Carver, O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości, Świat Literacki, 2006

Sympatycznej tej książce należy się jedno ostrzeżenie: nie przejmować się pierwszymi pięćdziesięcioma stronami, usiąść spokojnie i czekać, aż na językowych drożdżach wyrośnie nam sympatia do rodziny z wałbrzyskiego blokowiska, tytułowej Piaskowej góry. Czekać, aż dojrzeje nam w oczach to fabularne – niby domowe, ale przyrządzone z zmieszanych inaczej składników – ciasto.

Historia rodzinna, historia dorastania, feministyczna gawęda, w końcu społeczny portet PRL z pralką Franią w tle – wiele nazw można opowieści o babce Zofii, małżeństwie Jadzi z górnikiem Stefanem i dojrzewaniu ich córki Dominiki nadać, koniec końców pozostanie to, do czego przyznaje się autorka na czwartej stronie okładki: zwyczajna opowieść przepuszczona przez język, który – jeśli uciekniemy się do porównania – będzie miał coś z lekkiej Magdaleny Tulli, z wczesnej Olgi Tokarczuk, choć o silnym zapachu betonu i kobiety.

Jest to książka rozerotyzowana – rozerotyzowana z kobiecej perspektywy, gdyż to kobiety prowadzą książkę Joanny Bator do przodu, to one, z początku zahukane, zmarginalizowane, w miarę życia nabierają do niego wprawy, umacniają się i w swoich fantazjach, i w swoich potrzebach, a mężczyźni – wystarczy wspomnieć kurczącego się Stefana, ojca Dominiki – mężczyźni gasną, w miarę życia impet tracą, popadają w nałogi, jakby apogeum ich biograficzne przypadało gdzieś na późną młodość, a potem tylko kanapa w dużym pokoju podpierana butelką, zakreślają więc parabolę znaną w literaturze od czasów Zoli.

„Piaskowa Góra” jest bardziej z dziedziny réel, niż réalité, nie mówi o tym, co rzeczywiste – wyrażalne w słowach, do powiedzenia, przedyskutowania i, w razie czego, do poważenia, ale tym, co realne –  jak śmierć, narodziny, dotyk, zapach, wata zalana krwią, odór lizolu, zaschłe od moczu spodnie, pożądanie, czyli o tym, czemu zaprzeczyć się nie da, z czym dyskutować można, ale nie ma to sensu. To pociąga za sobą dwie konsekwencje: po pierwsze, powieść uruchomiła we mnie lawinę wyraźniejszych niż w innych przypadkach wyobrażeń, od koloru firanki po zapach obiadu, wydobyła wspomnienia z blokowisk – trzepaka, dziewczynek w ciuchach koloru gumy do żucia, szkoły z płyty.

Po drugie, ta inwazja realnego na Piaskowej Górze wypiera to, co rzeczywiste, nie ma u Bator miejsca na moralne (w najszerszym tego słowa znaczeniu) ani intelektualne rozterki, bohaterowie Bator nie myślą. No nie myślą, nie zastanawiają się, ale ulegają impulsom krwi – nawet jeśli podejmują tak ambitne zadania, jak Dominika, kiedy poszukuje korzeni swojej rodziny i dowiaduje się, że jej matka w połowie jest Żydówką. Jest to książka, nawet jeśli momentami senna, niegwałtowna, rozrobiona przez wojenne retrospekcje, to zagotowana na emocjach, na nich zaś język Bator rośnie, pączkuje, kiśnie. Na tle polskiego krajobrazu, w hałdach i pośród wałbrzyskich bloków powojnia książka prezentuje się nieźle i może powiedzieć o sobie: jestem poczytna.

Zbiór opowiadań czarnej autorki ze Stanów Zjednoczonych, opowiadań, chciałoby się dodać, debiutanckich, ale gdzie tam: debiutanckie jedynie dla nas, czytelników, debiutanckie chronologicznie, muszą być owocem długotrwałej wewnętrznej pracy. Wyczucie, powietrzność, lekkość uwodzą od pierwszych zdań, osiem historii opowiada się niezobowiązująco, swobodnie, ta proza, przez całe swoje niedokończenie, zawadiacka, przekrzywiona na bakier, przechadza się po amerykańskich miastach w krótkim rękawku i pija kawę gdzie indziej.

Lepiej opowiadań nie streszczać, sprawi to mylne wrażenie: że zz packer tyka się mozolnie tematów segregacji rasowej (bo tyka), że spogląda na amerykańskie społeczeństwo oczami czarnego (bo spogląda: narratorem we wszystkich ośmiu opowiadaniach jest młody Afroamerykanin bądź Afroamerykanka), że kościół (bo pastorzy, śpiew, wilgotne dłonie zaciśnięte w modlitwie), że kobiecość (bo kobiety). Tymczasem bohaterem zz packer jest bezpretensjonalny styl, ten nowy realizm w literaturze, który z opisu i charakterystyki poszedł w skojarzenia, w narracyjne zamyślenie: od jednej strony do drugiej szumi wiatr we włosach. Niby lekkie? Niby czytadło? W tytułowym opowiadaniu pijąc kawę gdzie indziej bohaterka poznaje studentkę z kursu literatury współczesnej, Heidi, od słowa do papierosa zostają dziewczynami, znajdują pracę w stołówce. Kiedy Heidi ginie matka, dziewczyna mówi po prostu: po rozwodzie kupiła samochód, okropny, jak zgnieciona puszka, na złość wrzucałam pestki melona na podłogę i pamiętam, jak po miesiącu zobaczyłam ten wyrastający kiełek. Proste? Proste, codzienne i żeby jeszcze dorzucić przymiotników na ten stragan: świeże, fantastyczne, godne polecenia. Zapraszam do lektury.

zz packer, pijąc kawę gdzie indziej, WAB, 2007

Autor zarzeka i klnie się, że hagiografią książka nie jest: a jednak unosi się nad tekstem zapach kadzidła, co moment procesja przyklęka i biczem po plecach trzaska, co moment z chóru podnoszą się pienia oburzonych, w bocznych nawach wzdychają roztropne dziewice, a diabeł oblizuje słony kciuk zanurzony w chrzcielnicy. Przy ołtarzu celebruje, w czarnych dyskretnych ornatach, Artur Domosławski, Syn rozlicza Ojca, Syn Ojca oczywiście wielbi, Syn Ojca przyjacielem, przyjacielem Syna Ojciec, ale Syn Ojca w czarną mszę wpędza, krzyżem zawieszonym jak fortuny kołem kręci, Syn Ojca nienawidzi, nożem kaleczy i, pijąc mu z oczu prawdę, kocha: w morderczym pocałunku, w niewidzialnym uścisku, tak trwają w akapicie. Z nich zaś największa jest zawiść. Hagiografia? Artur Domosławski uprawia ten szczególny rodzaj hagiografii, jakim obarcza się w procesie beatyfikacyjnym adwokata diabła: ksiądz, co w imię prawdy bronić ma przeciwnej sprawy, Artur do sprawy podchodzi poważnie, biografia roi się od przypisów, dobra połowa tekstu to cytaty in extenso, dokument to wewnątrzkościelny, momentami więc zatęchły, opasły, pedantyczny.

Godlewski powiada, że książka za lat wiele obroni się sama: nic bardziej błędnego. Brak w biografii świeżości kogoś, kto Kapuścińskiego w miarę pisania poznaje. Domosławski Kapuścińskiego co najwyżej rewiduje, lustruje, rewaloryzuje: nie najlepszy punkt wyjścia dla czytelnika, który za lat pięćdziesiąt o Kapuścińskim za grosz nie będzie miał pojęcia. Michał Sutowski widzi empatię, znowu błąd: to udręczony Domosławskiego duch wyje pod jarzmem Ryszarda, pod jarzmem sprzeczności Ryszarda sam w sprzeczności potężne, emocjonalne popada. Maja Herzog wspomina o „niekoniecznie tautologicznej precyzji” w literaturze: wyrażenie to starcza na miesiące przepastnych analiz (tautologiczna precyzja w literaturze to tautologiczna precyzja w literaturze). Ewa van den Bergen firmuje swoim nazwiskiem całkiem sympatyczną, rzeczową analizę tych paru szczegółów, na jakich skupia się uwaga prasy: warte przeczytania.

Swoją drogą: Domosławski położył podwaliny pod literaturoznawstwo polskie, bo dzięki Non-fiction kilka osób zdało sobie sprawę, że życie to nie to samo, co proza.

Czy naprawdę książka wymagała gazetowego glosariusza? Jak mało która – w końcu pozostawiono nam dostęp do wielu materiałów źródłowych – pozwala wyczyniać wiele, szaleć na interpretacje, zostawia miejsce na myślenie o Ryszardzie Kapuścińskim w iluś tam wcieleniach, treść należy do publiczności. Treść należy do nas! Do nas: rozgrywki o ustalenie raz na zawsze, jakim był Ryszard, zostawmy Przyjaciołom, Strażnikom Pamięci, Demistyfikatorom, Wielbicielom Prawdy, ja w tej biografii wolę czytać rzeczy, czytać ludzi pisanych od małej litery.

Artur Domosławski, Kapuściński non-fiction, Świat Książki, 2010