Hardcover

5 września 2011

Od jakiegoś czasu wróciłem do nawyku zaglądania na czwartą stronę okładki. Nie z prostodusznej chęci dowiedzenia się czegoś o książce, raczej z przyjemności podglądania wydawnictwa przez tylne drzwi. Każdy, na kogo spadło nieszczęście napisania wizytówki powieści, wie, ile w tych kilkuset znakach jest potu redaktora i szperania po stronach internetowych w poszukiwaniu wywiadu, w którym jakiś krytyk powie coś, co od biedy można przetłumaczyć jako „powieść jest najwybitniejszym dziełem dekady” – choćby dalsza część zdania brzmiała „tylko nikt nie doczytał jej do końca”. I ja sobie na te dwa akapity zaglądam.

Nie znaczy to, że sztukę pisania notek mam w pogardzie. To sztuka fantastycznie trudna: czego dowód dzierżę przed sobą, w postaci unikalnego tekstu promocyjnego sprzed ponad siedemdziesięciu pięciu lat. Zmierzam do meritum – chodzi o tekst promujący Sklepy cynamonowe Brunona Schulza, napisany przez Brunona Schulza właśnie. Te dwie strony znalazłem nie gdzie indziej, jak w tomie schulzjanów autorstwa Jerzego Ficowskiego – w tej książce można o Schulzu znaleźć wszystko, jeśli czegoś tam o Schulzu nie ma, to znaczy, że to nie istnieje.

I tam właśnie na stronach 165 i 166 zamieszczone zostało nieznane dotąd exposé na temat Sklepów, które Schulz napisał po niemiecku z myślą o zaprezentowaniu książki zachodnim wydawcom; wydawało by się, że kto jak kto, ale pisarz, i to pisarz wybitny, o swojej powieści będzie umiał napisać sensownie. Tymczasem z punktu widzenia współczesnego redaktora exposé jest po prostu katastrofalne. Posłuchajcie zresztą sami. Z początku dowiadujemy się, że w Sklepach „podjęto próbę wydobycia dziejów pewnej rodziny” „poszukując ponad [prawdziwymi losami] mitycznej treści”. Ze co? Podjęto próbę wydobycia? Mityczne treści? Zapalają się żółte lampki ostrzegawcze. Zanim dotrzemy do powieściowego sedna dowiadujemy się między innymi, że „życiorys wszakże, który zmierza do swego własnego sensu, wyostrzony na własne duchowe znaczenie, jest niczym innym jak mitem” oraz „autor czuje się bliski odczuciom Antyku” – podobne liryczne odautorskie wprowadzenie od razu kwalifikowałoby powieść do kliknięcia prawym przyciskiem myszki i litościwego lądowania w Koszu. Załóżmy hipotetycznie, że redaktor przymknie jedno oko i czyta dalej, tylko po to, żeby trafić na fragment dotyczący postaci ojca, którego Schulzowi nie daruję i przytoczę in extenso:

„W odwiecznym sporze z karakonim rodem, który pewnego dnia zalał mieszkanie swym czarnym rojowiskiem, zostaje niepostrzeżenie wplątany przez trawiącą go nienawiść w owe labirynty uczuć, gdzie wstręt przedzierzga się w niesamowity powab – i stopniowe przejmuje maniery i tryb życia tego znienawidzonego plemienia. Autor coraz to pozwala mu wracać do siebie z tych jego przemian i wkrótce widzimy go znowu, prowadzącego wykład o marionetkach, manekinach i „heretyckiej demiurgii” przed audytorium małych szwaczek, uczoną dysertację, w której kwestionuje wyłączne prawo Demiurga do kreacji i rozważa metodami zdrożnymi i kacerskimi proces powstawania życia.”

Niby nie ma się czego się czepiać, przecież to czystej próby Schulzowska proza – może próby tylko trochę zanieczyszczonej tłumaczeniem Ficowskiego. Jednak w tym tkwi szkopuł: to co sprawdza się w samej literaturze, niekoniecznie jest dobrym tekstem promocyjnym bądź wprowadzającym. Przeczytajcie powyższe z perspektywy redaktora, jeszcze nieświadomego istnienia Schulza: mieliście od rana w ręku już kilkanaście streszczeń utworów współczesnych „poruszających tematy” i „nawiązujących do” i oto na waszym biurku ląduje historia o sporze z karakonim rodem. Schulz jawi się jako z lekka pretensjonalny, a z pewnością nieumiarkowany w stylu. Przede wszystkim zaś jako niezdolny do rzeczowego podejścia do zadania, którym jest przedstawienie zawalonej pracą osobie w kilku zwięzłych i przejrzystych zdaniach tego, o co chodzi w utworze. Puszcza się poręczy. Powiecie: przecież nie można tak oceniać, wszystko to świadczy jedynie o prymitywizmie współczesnych redaktorów, na tym polega sztuka, nie wolno domagać się jej drastycznego spłycenia itd. Na co ja mam prostą odpowiedź: thanks but no thanks.

Notka promocyjna, notka na stronę internetową, podobnie jak list przesłany do wydawcy to osobny gatunek rządzący się swoimi prawami i warto je poznać, jeśli chce się publikować lub pracować z literaturą. Schulzowskie exposé to dla mnie przypadek beznadziejnego ignorowania potrzeb czytelnika i kontekstu, w którym będzie ono czytane. Zresztą, czy dzisiaj nie łatwiej byłoby sprzedać klasyków reklamując ich na naszą modłę i – że pozwolę sobie na trochę perwersyjny przykład – napisać na czwartej stronie okładki Ewangelii: „trzydziestoletni chłopak, który wciąż mieszka z rodzicami, nadopiekuńczą matką i starzejącym się ojcem, postanawia pewnego dnia wyruszyć w podróż po Ziemi Świętej. Czy podczas trzyletniej wędrówki uda mu się znaleźć bratnie dusze? Jak skończą się jego przygody?”

Reklamy

Miłosz w Kairze

3 lutego 2011

Strona obchodów Roku Miłosza informuje, że na popołudnie 30 stycznia zaplanowana była panelowa dyskusja o twórczości Miłosza na Targach Książki w Kairze: wątpliwe jednak czy profesor Hanaa Abd al-Fattah al-Metwaly, ściskając skórzaną torbę czy cokolwiek innego, co w Egipcie jest emblematem akademika, przedarł się pod gradem gumowych kul, przeczołgał między płonącymi samochodami i zatykając nos szmatą  dotarł do pustej hali targowej, żeby dyskutować o twórczości, dziele i życiu poety. Szczerze wątpię, że personel ambasady wychynął zza zakratowanych okien, odłożył telefony i pospieszył promować polską kulturę: nie byłoby zresztą przed kim promować, bo wszyscy, tak się składa, walczyli oraz ginęli na ulicy.

Jednak obraz panelistów debatujących o Miłoszu w ogarniętym rewolucją mieście jest nie tylko groteskowy: ma w sobie coś inspirującego. Bo w końcu mowa o intelektualiście, który wojnę zażywał w sporych dawkach, ale niespecjalnie uczestniczył, poecie, który w trakcie okupacji nauczył się angielskiego, utrzymywał nie tylko z przenoszenia zbiorów Biblioteki Warszawskiej, ale i targowego handlu damską bielizną, kimś, kogo los doskonale ilustruje losu ironię: jedyny raz, kiedy Miłosz zdecydował się na wojenną brawurę i 17 września ruszył z Lublina jako korespondent Polskiego Radia na front, ocaliło go to (o ile można pozwolić sobie na gdybanie) od śmierci, bo 17 września w Lublinie podczas bombardowania zginął Józef Czechowicz: a z Józiem Miłosz się w tamtym czasie praktycznie nie rozstawał. Kimś, kto szedł obok historii z prostym i arcytrudnym zamiarem: przeżyć i się nie splamić. Kimś, dla kogo te wydarzenia nie podważały sensu duchowej pracy nad sobą, ale wręcz wzmagały jej potrzebę: z tego wzmożenia przybędzie czytelnikom i Campo di Fiori i wydanych po dziesięcioleciach Legend nowoczesności.

Czego nas uczy Miłosz w czasach zarazy? Jest kimś, kto każe się zastanowić nad naturalnym odruchem przedkładania historii nad namysł nad nią: wiadomo, koleś z metalowym drągiem ma przewagę nad jakimś intelektualistą, co może udowodnić jednym zamachem dłoni, a jednak, po czasie, jeśli ktoś dostarcza nam języka do mówienia o pożogach, to ten Miłosz, tłumaczący w Warszawie angielskich metafizyków, ten Białoszewski, co na książkach Gide’a uczył się francuskiego, i to w trakcie Powstania…

PPDA

6 stycznia 2011

PPDAPod tajemniczym skrótem kryje się Patrick Poivre d’Arvor – czyli Patryk Pieprz z Arvor, francuski prezenter telewizyjny, dziennikarz oraz pisarz – chociaż te dwa ostatnie zatrudnienia powinienem opatrzyć wymownymi cudzysłowami.

Spośród blamaży, z których Patryk wychodził nietknięty, warto wspomnieć „wywiad” z Fidelem Castro z 1991 roku, w którym wypowiedzi kubańskiego przywódcy z konferencji prasowej zostały zmontowane z nagranymi później pytaniami dziennikarza. PPDA tłumaczył się później, że tylko głupiec mógł pomyśleć, że z Castro dało się przeprowadzić wówczas rzetelny wywiad. Potem, że wystąpiły problemy, że montażysta nawalił, a tak w ogóle on, Patryk Pieprz z Arvor, przeprowadził długaśną rozmowę z Castro w tamtym właśnie okresie, ot co.

Cóż to wszystko ma do literatury? Ma całkiem sporo, bo obok swoich rozlicznych telewizyjnych zatrudnień i spraw sądowych znalazł Poivre d’Arvor czas na napisanie niemal sześćdziesięciu książek w ciągu ostatnich dekad: jakkolwiek większość Francuzów kojarzy go z wieczornym wydaniem dziennika na jedynce i kukiełką, która prowadzi słynne Giniole, to jako pisarz dopracował się paru nominacji do słusznych nagród.  Póki PPDA pisał o kochankach, żonach and company, rzecz nie budziła nadmiernych emocji, ale teraz, kiedy na pięćdziesiątą rocznicę śmierci Ernesta Hemingwaya przygotował Francuzom biografię amerykańskiego big rajtera, szykuje się prawdziwy hit.

Otóż, jak donosi „L’Express”, w książce Patryka, która na rynku ma ukazać się 19 stycznia, ponad 100 stron zostało przepisanych z innej biografii pisarza, autorstwa niejakiego Petera Griffina, opublikowanej w Stanach Zjednoczonych w 1985 roku, natomiast we Francji w roku 1989. Co więcej, biedny d’Arvor, nie narzekający zapewne na nadmiar wolnego czasu, zerżnął od Griffina całą strukturę dzieła: ten smutny, niezaprzeczalny i ilustrowany przykładami w „L’Express” plagiat doczekał się komentarza autora, któremu pogratulować należy i bezczelności, i głupoty: „pracowałem nad książką półtora roku i za uwłaczające uważam te podejrzenia”.

D’Arvor jest telewizyjnym bubkiem i nietrudno się domyślić, że niektórzy krytycy ostrzą sobie na niego zęby od dawna: może jego siła polega właśnie na żenadzie i bezczelności. Niemniej burzy się krew – oto Griffin, który wykonał rzetelną akademicką robotę, lata życia poświęcił na niepokojenie archiwów w całych Stanach, dotarł do świadków młodości Hemingwaya, w końcu umarł – jakby tego było mało, po śmierci zostaje wykorzystany przez chciwego faceta. Jeszcze żeby się PPDA do tego Griffina przyznał, ale nie ma go nawet w bibliografii.

PPDA zamierza wciskać kit ludziom w ilości co najmniej dwudziestu tysięcy egzemplarzy – jak podaje gazeta, tyle wynosi pierwszy nakład. Wysoce prawdopodobne zresztą, że PPDA książki nie napisał, ale zlecił ją jakiemuś nierzetelnemu ghost rajterowi.

Katastrofa PPDA przypomina mi inną. W zagranicznym wydawnictwie, którego nazwę przemilczę, miałem do czynienia z „gotowym do druku” przeglądowym albumem malarstwa. Autorka tekstów skopiowała niemal całość swoich refleksji z Wikipedii, nie posługiwała się jednak komputerem zbyt sprawnie: w pliku doc zdołała zmienić całość tekstu na ortodoksyjne Times New Roman 12 bez podkreśleń, hiperlinki jednakpozostały. Jaki z tego wniosek? Lepiej kupować książki, które zostały napisane, nie zaś wyprodukowane.