Sympatycznej tej książce należy się jedno ostrzeżenie: nie przejmować się pierwszymi pięćdziesięcioma stronami, usiąść spokojnie i czekać, aż na językowych drożdżach wyrośnie nam sympatia do rodziny z wałbrzyskiego blokowiska, tytułowej Piaskowej góry. Czekać, aż dojrzeje nam w oczach to fabularne – niby domowe, ale przyrządzone z zmieszanych inaczej składników – ciasto.

Historia rodzinna, historia dorastania, feministyczna gawęda, w końcu społeczny portet PRL z pralką Franią w tle – wiele nazw można opowieści o babce Zofii, małżeństwie Jadzi z górnikiem Stefanem i dojrzewaniu ich córki Dominiki nadać, koniec końców pozostanie to, do czego przyznaje się autorka na czwartej stronie okładki: zwyczajna opowieść przepuszczona przez język, który – jeśli uciekniemy się do porównania – będzie miał coś z lekkiej Magdaleny Tulli, z wczesnej Olgi Tokarczuk, choć o silnym zapachu betonu i kobiety.

Jest to książka rozerotyzowana – rozerotyzowana z kobiecej perspektywy, gdyż to kobiety prowadzą książkę Joanny Bator do przodu, to one, z początku zahukane, zmarginalizowane, w miarę życia nabierają do niego wprawy, umacniają się i w swoich fantazjach, i w swoich potrzebach, a mężczyźni – wystarczy wspomnieć kurczącego się Stefana, ojca Dominiki – mężczyźni gasną, w miarę życia impet tracą, popadają w nałogi, jakby apogeum ich biograficzne przypadało gdzieś na późną młodość, a potem tylko kanapa w dużym pokoju podpierana butelką, zakreślają więc parabolę znaną w literaturze od czasów Zoli.

„Piaskowa Góra” jest bardziej z dziedziny réel, niż réalité, nie mówi o tym, co rzeczywiste – wyrażalne w słowach, do powiedzenia, przedyskutowania i, w razie czego, do poważenia, ale tym, co realne –  jak śmierć, narodziny, dotyk, zapach, wata zalana krwią, odór lizolu, zaschłe od moczu spodnie, pożądanie, czyli o tym, czemu zaprzeczyć się nie da, z czym dyskutować można, ale nie ma to sensu. To pociąga za sobą dwie konsekwencje: po pierwsze, powieść uruchomiła we mnie lawinę wyraźniejszych niż w innych przypadkach wyobrażeń, od koloru firanki po zapach obiadu, wydobyła wspomnienia z blokowisk – trzepaka, dziewczynek w ciuchach koloru gumy do żucia, szkoły z płyty.

Po drugie, ta inwazja realnego na Piaskowej Górze wypiera to, co rzeczywiste, nie ma u Bator miejsca na moralne (w najszerszym tego słowa znaczeniu) ani intelektualne rozterki, bohaterowie Bator nie myślą. No nie myślą, nie zastanawiają się, ale ulegają impulsom krwi – nawet jeśli podejmują tak ambitne zadania, jak Dominika, kiedy poszukuje korzeni swojej rodziny i dowiaduje się, że jej matka w połowie jest Żydówką. Jest to książka, nawet jeśli momentami senna, niegwałtowna, rozrobiona przez wojenne retrospekcje, to zagotowana na emocjach, na nich zaś język Bator rośnie, pączkuje, kiśnie. Na tle polskiego krajobrazu, w hałdach i pośród wałbrzyskich bloków powojnia książka prezentuje się nieźle i może powiedzieć o sobie: jestem poczytna.

World Cup Wishes „Spiski” Wojciecha Kuczoka chwalone są tu i ówdzie, może słusznie. Niestety, jeśli ktoś dziecięciem będąc w Pilchowej zasmakował gadce, to na starość nie zachwyci się pisarzem, który Jerzemu Pilchowi zagląda przez ramię i ściąga na potęgę, zastępując jeno Wisłę Tatrami, matczyną traumę traumą ojcowską oraz dowalając gorolską gwarę i narracyjne wyskoki, które wynudzają setnie. Kto chce jeszcze czytać o czarownicach, dziewkach i niedźwiedziej chuci? No kto?

Kolejne rozdziały „Spisków”, za wyjątkiem ostatniego, przenoszą nas w tatrzańskie rejony w czteroletnich odstępach, co dla każdego prawdziwego kibica jest podstawową miarą czasu. Jeśli więc o „Spiskach” wspominam, to właśnie ze względu na inną powieść, która piłką stoi.

Patent z mundialową konstrukcją zastosował izraelski pisarz Eshkol Nevo w swojej drugiej powieści, którą miałem okazję przeczytać in English. Bohaterowie to czwórka młodych przyjaciół mieszkających w Tel-Awiwie: Ofir, pracownik agencji reklamowej, który w towarzystwie kumpli popada w kanapowy sentymentalizm i powtarza niczym mantrę „Jak to dobrze, że mamy siebie”, Amichai, akwizytor przedsiębiorstwa Telemed i groteskowy nudziarz, Chruchill, prawnik ze świetnie zapowiadającą się karierą oraz narrator, zagubiony w życiu, uroczy Yuval. Brzmi jak wstęp do serialu, ale serialem okazuje się nad wyraz udanym.

Chłopacy spisują podczas mistrzostw życzenia, które mają odczytać cztery lata później: cała książka na czwórce stoi, jest poplątaną historią nie tylko czterech chłopaków, ale również ich czterech życzeń, rzecz trwa zaś, jako się rzekło, cztery lata. Nie sposób streścić anegdot i romansów, od których powieść wprost kipi, narracja ani na moment nie ociąga się, nie grzęźnie na psychoanalitycznych bagnach. Ogólna tonacja – paczka trzydziestoletnich przyjaciół, których po raz pierwszy poważnie doświadcza życie i którzy mimo wszystko walczą o przyjaźń, o bliskość, obecny w tle, we wspomnieniach z wojska, w sączącej się przez radio przemocy, współczesny Izrael, słodko-gorzki realizm opowieści, w końcu zamiłowanie do detalu i swoboda gadania, wszystko to przywodzi na myśl opowiadania, te lepsze, Etgara Kereta.

Urzeka swobodne podejście do materii, które może być świetną odtrutką na Kuczokowskie spięcie i wysilony śmiech: dowodem fragment niedokończonego doktoratu Yuvala na temat przełomu w myśleniu Wittgensteina. Yuval rozważa tam możliwe przyczyny i okoliczności owego przełomu, po czym proponuje rozwiązanie, które pozwolę sobie zacytować w całości (będzie po angielsku). Od sportu zaczęliśmy i na sporcie się skończy:

Was it, as is customarily believed, a slow, gradual metamorphosis that led to this sharp shift in Wittgenstein’s thought? Or was there a particular moment in which he clutched his forehead and said: Grösser Gutt! (good God!)? Did this change of mind occur while he was building his sister’s house in Vienna, or did it happen during one of the lessons he gave as a not very popular grade school teacher in an Austrian village? Or perhaps the insight came to him while he was watching one of the ballgames he so loved to use as metaphors in elucidating his ideas? I picture him sitting in Wimbledon Stadium in 1934, watching that year’s championship game between Fred Perry and John Crawford. The spectators’ heads move from side to side, following the yellow ball from side to side, from side to side. When suddenly one head stops moving: Wittgenstein realizes that he has made a mistake.

Eshkol Nevo, World Cup Wishes, Chatto & Windus, 2010

Powieść nasunęła mi refleksję na temat moich Empikowych zakupów: doświadczenie uczy, że nie mam co zerkać łakomie na stosy bestsellerów, a po tym, jak odnalazłem miesięcznik „Lampa” w dziale „Dekoracje – Wnętrza” ostatecznie straciłem dziewicze złudzenia i od wejścia walę prosto do najbardziej zakurzonych, najmniej uczęszczanych rejonów. Nie żebym coś osobiście przeciwko Kalicińskiej miał, po prostu taka literacka karma, ale – tutaj wkracza Good Night Dżerzi – zdarzają się wyjątki. Powieść Dżanusa Głowackiego daje mi to komfortowe poczucie, że coś mi się podoba i to coś wyjątkowo dobrze się sprzedaje (drugie miejsce na liście bestsellerów Empiku).

Dżanusa? To nie pomyłka: książkę napisał Dżanus Głowacki. Good Night Dżerzi pachnie bowiem po amerykańsku – poczynając od tego, że rzecz dzieje się w Nowym Jorku, w nowojorskich klubach, loftach, kinach porno, w żółtych taksówkach i przy zastawionych filiżankami stołach, pachnie nowojorskim potem, ocieka spermą i – rzecz nieuchronna przy takim natężeniu sławy – łzami o smaku kwasu barbiturowego. To w Nowym Jorku mieszka bon vivant i intelektualista Dżanus, alter ego autora, zatrudniony do napisania scenariusza o Dżerzim – czyli Jerzym Kosińskim.

Kto jak kto, ale Jerzy Kosiński był bardzo nowojorski, z rozbuchanym życiem erotycznym, prężący się ze szpicrutą na okładce „New York Times Magazine”, wyposażony w odpowiednio drastyczną i odpowiednio podkoloryzowaną przeszłość. Szpaner. Prowokator mianowany na literackiego geniusza. Dżerzi szastający sobą na prawo i lewo. Książka jest wielogłosem na temat Kosińskiego – jak kłamstwa oraz krucha, a od sławetnego artykułu w „Village Voice” waląca się legenda pożarły go bez reszty. Na temat Nowego Jorku – targowiska dusz. Maszy – rosyjskiej dziewczyny, wciągniętej przez Kosińskiego w brudną grę.

Napisana bez oglądania się na chronologiczne konwencje (na narrację składają się fragmenty scenariusza, rozmowy przy winie, sny, retrospekcje), poprowadzona zgrabnie, jest Good night Dżerzi opowieścią światowca: nie taką, do jakich przyzwyczaili nas polscy gawędziarze ze szkoły Pilcha, ale kosmopolityczną, pikantną i nie tyle zabawną – co ironiczną. O Kosińskim dowiemy się wiele, ale wszystkiego w trybie przypuszczającym (jak powie jeden z bohaterów, „im dalej od prawdy, tym bliżej do Dżerziego”). Lektura to świetna, idealnie pasująca do lotniskowych holi albo wielkomiejskich kawiarni, a kiedy, zamknąwszy książkę, będziemy zasypiać w przedziale pociągu Kraków-Warszawa, pożegna nas niebieski neon na okładce: Good night Dżerzi.

 

Janusz Głowacki, Good night Dżerzi, Świat Książki, 2010

Dzisiaj narysujemy śmierć, Wojciech TochmanWojciech Tochman to ikona polskiego reportażu dramatycznego, spisywał już wstrząsające historie polskie, spisywał wojenne bośniackie, teraz wybrał się do serca południowego kontynentu po opowieści z rwandyjskiego ludobójstwa. Wzorem poprzednich książek i tutaj Tochman udziela głosu bohaterom: sędziemu przewodniczącemu procesom o gwałty. Leonardowi, młodemu chłopakowi, który stracił w 1994 roku całą rodzinę i radzić sobie musi osierocony, bez miejsca, które pokazałby palcem: dom i kobiety, do której zawołałby: mamo. Pozwala mówić wówczas zgwałconej, a teraz schorowanej kobiecie, która wśród dzisiejszych sąsiadów rozpozna tamtych z niekończących się godzin.

Recenzować ludobójstwo – trudno. Trudno czytelnikowi poruszać się po kartce, która niczym rwandyjski krajobraz usiana jest trupami, gdzie po kątach każdego akapitu siedzą skulone kobiety, a co druga kropka wpatruje się niemo w czytelnika wzrokiem niechcianego dziecka. Trudno powiedzieć o takiej książce, że to książka zła. Książka słaba.

Tym bardziej, że „Dzisiaj narysujemy śmierć” złą książką po prostu nie jest. Tkwi w niej jednak bardziej frapujący feler: Tochman uprawia dziennikarstwo interwencyjne rodem ze „Sprawy dla reportera”. Wybiera drastyczny temat – ludobójstwo, przyjeżdża na miejsce – Rwanda, rozdaje role dobrym i złym – nie sposób czytelnikowi uniknąć słusznych wstrząsu i oburzenia, jeśli się czytelnik nie oburza i nim nie wstrząsa, to znaczy, że z nim, czytelnikiem, coś jest nie tak. Nawet najwięksi entuzjaści Tochmana przyznać muszą, że jego książki nie są owocem wieloletniej fascynacji jakimś regionem, krajem, miejscem, nie ma w nich nudy, daremnych poszukiwań, nieuchronnych, przy takich podróżach, przestojów, nie ma cierpliwego odkrywania bliźniego, czyli tego wszystkiego, co dla mnie może stanowić o sile reportażu. Skupienia na tym, co szczególne i miejscowe. Co przeciwstawia reportaż innym formom, jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi, poznawania.

Tochman nie pozwolił mi zrozumieć Rwandy z 1994 roku – podsumował wyniesioną z kilku artykułów wiedzę. Opowiedział mocne rzeczy, dźwięk maczety rozłupującej czaszkę przyrównał do odgłosu ścinanej kapusty. Podczas lektury miałem niesmaczne wrażenie, że autor, zamiast cierpliwie prowadzić mnie po rwandyjskich ścieżkach, wciąga mnie w emocjonalną i moralną pornografię. Mocniej, okrutniej, obrzydliwiej, więcej łez – i to następujące wrażenie pustki, jałowości.

„Nocne książki II”

26 czerwca 2010

„Słysząc tytuł w słuchawce, Jules przypomina sobie wyjazd sprzed trzech lat na południe. Co pamięta? Zachował zdjęcia, krajobraz w kolorze oliwki przy torach kolejowych, pamięta jak niebo odsłaniało się przez okna pociągu w szerokich kadrach, pamięta jedno wzgórze defilujące za drugim. Dłużące się na stokach oliwkowe sady.

Trudniej z przywołaniem spotkanych osób, bo było ich niewiele. Zaplanował cztery dni urlopu od rodziny. Wykupił nocleg nad morzem, w trzygwiazdkowym hotelu, ani luksusowym, ani skromnym, którego dewiza, Festina lente, wypisana zamaszystą kursywą na internetowej stronie, zapowiadała to, co zastał: kurz w kawiarni, kurz na kinkietach i źle wypisany rachunek. Wysiadł na dworcu z godzinnym opóźnieniem, wziął taksówkę, wieczorem zamówił owoce morza w restauracji naprzeciwko i patrzył w odchodzące od placu kręte, umęczone upałem ulice. Potem swego rodzaju zaskoczenie: noc ze spotkaną młodą Szwajcarką, dwudziestolatką, która spytała go o drogę. Szwajcarki nie było w planach. Jules zaczął zastanawiać się, czy, przypadkiem, nie jest mężczyzną w średnim wieku. Zresztą była jedyną osobą, z którą przez te cztery dni urlopu dłużej rozmawiał, szklanka wina i mokre prześcieradła w hotelu.

Jules wstydzi się, że nie potrafi zasnąć bez przeczytania kilku stron. Niektórzy przyjaciele i żona wiedzą, przed innymi zwyczajnie się kryje. W hotelu czekał, aż po seksie dziewczyna ubierze się w koszulkę, jeansy i zabierze zapiaszczony plecak, w końcu nie minęła jeszcze północ: ona, widocznie nasycona, zasypia snem solidnym i zdrowym jak jej ciało. Jules wysuwa rękę spod pleców, związanych u dołu w olśniewające biodra i białe pośladki. Dopiero przyjechała do słońca. Otwiera walizkę, wyciąga tom Opowiadań na założonej biletem stronie i przysunąwszy krzesło do biurka wraca do lektury. Z czterech dni urlopu najlepiej zapamięta nazwisko Aschenbach i fetor weneckiego kanału.”

Przeczytane w tłumaczeniu

Podobnie jak Antoni Libera syci się detalami spotkania z Samuelem Beckettem, tak i ja rozpocznę od moich odległych, anonimowych, ale równie wstrząsających widzeń Libery. W auli poznańskiego uniwersytetu wypełnionej jesiennym kaszlem, Antoni Libera rozpostarł, wyciągniętą z kieszeni marynarki, pożółkłą kartkę. Zapadła cisza przerywana dmuchaniem w nos. Chciałbym państwu odczytać zapis mojego spotkania z Samuelem Beckettem, wykrztusił.

Podobny numer powtórzył się dwa bądź trzy razy, w różnych miastach, przy zróżnicowanej pogodzie, wystarczająco wiele, żebym widział w Antonim Liberze przede wszystkim człowieka, który w paryskiej kawiarni spotkał Becketta: podczas gdy zwykły śmiertelnik przed wyjściem z domu zakłada buty, stara się deszczową porą nie zapomnieć parasola, tak Antoni Libera zgina starannie kartki z zapisem spotkania z Beckettem i wychodzi na miasto. Jest spokojny. Spotkał Becketta. Kartki są? Sprawdza w kieszeni marynarki. Są.

Tak. Tak, tę manię łatwo jest wyszydzić. Godot i jego cień stanowi jednak fantastyczne preludium do osławionego spotkania z Beckettem (którego wierny opis znalazł się, rzecz jasna i do przewidzenia, na końcu dzieła), bo zdaje sprawę z piekielnego ukąszenia, jakie zadała Antoniemu Liberze twórczość irlandzkiego noblisty. Literatury, która niemal od dziecka uruchamia w nim wszystkie moce, i te mniejsze: pcha go do nieprzewidzianych spotkań, szperania, do detektywistycznych zabaw, i te większe: mieszczą się w nich słowa wierność, sens czy powołanie.

Utożsamienie jest maksymalne: opowieść o przygodzie Libery z Beckettem jest opowieścią o życiu młodego Libery, od warszawskiej inscenizacji Godota w 1957 roku po spotkanie piątego stycznia 1978 roku. Wątki autobiograficzne przedstawiają autora w autentycznym świetle: nie jest to facet, którego można polubić, budzi wręcz niechęć, przeplatają się w nim, jakże prawdziwie, młodzieńcza bufonada i depresje, razi mitomanią i czułością na towarzyskie bagatele. Jednak w geście pochylenia głowy przed dziełem Mistrza i przed samym Mistrzem (aż po maniackie zachowania, aż po wariactwa, jak zabranie pudełka po papierosach wypalonych przez Becketta, pudełka przechowywanego po dziś dzień) jest ziarno, niezrozumiałej być może dzisiaj, niezrozumiałej na pewno dla mnie, wielkości.

Antoni Libera, Godot i jego cień, Znak, 2009

Książka na stu dziesięciu stronach opowiada losy niemieckiej mniejszości na rumuńskim zadupiu, zawieszonych w oczekiwaniu na przepustkę do lepszego świata, na paszport Republiki Federalnej Niemiec. Stary Windisch jadąc do młyna odlicza kolejno dni, zaś mijając pomnik wojennych bohaterów, lata: nietrudno się domyślić, że odmierza czas od złożonego podania o paszport. Zanim on, żona i córka dostaną prawo do wyjazdu, przejść będą musieli wiele upokorzeń.

Problem tkwi w czasowniku opowiadać, bo proza Müller, przeraźliwie skromna w wyrazach, jest raczej czekaniem na fabułę i czekaniem na opowiadanie. Bohaterowie Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie? Żadnych bohaterów, postaci smutne, przytłoczone zatęchłą dyktaturą na poziomie wiejskiego powiatu. Dialogi snują się nad brzegiem stawu, sowa siadła na dachu u starej, pewnie niedługo wyzionie ducha, ciała, kobiet i mężczyzn, rozbierają się i ubierają, pachną, cuchną, ciekną, to książka wypełniona wstydliwymi zapachami.

W końcu książka milcząca. Krótkie zdania, między którymi wydarza się historia, zdania urywane. Z kapiących kropli idea kranu. Siadła przy stole, otworzyła nóż. Przez chmury widać było chłód zimy. Milcząca, okrutna wieś i powieść Müller, nie zwierciadło przechadzające się po gościńcu, ale kałuża na drodze, w której widać cień i wieżę kościoła. Warto tam zajrzeć.

P.S. Wstępny risercz nie wyjaśnił zagadki: skąd wziął się tytuł i co dokładnie oznacza. Poszukiwania trwają. Edit: dzięki informacji Ani, która czyta, oraz od niezależnego rumuńskiego informatora wiemy, że bażant to w potocznym rumuńskim przegrany, naiwniak i frajer.

Herta Müller, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, Czarne, 2009